Jako że mam trzy dni wolnego, poszłam dzisiaj na prawdziwe zakupy i generalnie jestem w ciężkim szoku. Miałam czas, żeby na spokojnie rozeznać się w sklepowej sytuacji. Zacznę od pieczywa. Bułki są ok, nawet zjadliwe, ale ile można się nimi zapychać. Z tego też tytułu postanowiłam kupić chleb. Cena wszystkich jedna i ta sama, jako że mój język niemiecki nie istnieje, więc wzięłam to co wyglądało najapetyczniej i cóż jem właśnie kanapkę z jakaś zakichaną słodką bułą. Kupiłam też włoski makaron (najtańszy, jaki był) i znowu bez rewelacji. Przynajmniej serek pleśniowy pyszny, ale z tym pseudochlebem jakoś słabo się komponuje. Zakupem kluczowym był dziś papier toaletowy. I w tej kwestii jeszcze nie doszłam do siebie po moim odkryciu. Najtańsze co udało mi się znaleźć, to 4 rolki za 1,49€, czyli lekko licząc ponad 6zł za papier toaletowy!! Od tej granicy ceny szły tylko w górę.
Owoce są lepsze i tańsze u jednego Turka w sklepiku na uboczu. Generalnie powiem szczerze, gdyby nie Turcy to bym tu zdechła z głodu. Kebab otwarty do 23, więc jak mnie przyciśnie zawsze mogę pójść się dożywić, wyśmienita turecka pizza tuż za rogiem. Do niemieckiego baru/knajpy/restauracji nawet jeszcze nie zajrzałam i jakoś nie zanosi się w najbliższym czasie. U gościa od owoców widziałam, że można też kupić chleb turecki i chyba zacznę się tam zaopatrywać, nawet jakbym miała przepłacić, ale przynajmniej będzie zjadliwe. I tu nasuwa mi się pewna konkluzja: nasza rodzima kuchnia chyba mimo wszystko ma bliżej to Azji Mniejszej niż Europy Zachodniej. Szczerze mówiąc, jak tak sobie pomyślę, to nie przypominam sobie, żebym poza Portugalią, jadła jakieś zjadliwe pieczywo… i w ogóle, żeby kuchnia generalnie była zjadliwa… Rzecz gustu, ale Wyspy – kulinarny syf, którego do niczego nie można porównać, Niemcy jak widać też bez rewelacji, Dania – to były bardzo ciężkie dwa tygodnie dla mojego żołądka, Francja – nie byłam, ale naród, który smakuje w ślimakach i żabach raczej nie może sobą reprezentować niczego dobrego (zresztą dzięki ich zeszłotygodniowym strajkom straciłam 130€, bo nie ukończyłam praktyk w terminie i długi lot do Maroko przepracowałam charytatywnie, z którego to powodu jestem wręcz przeszczęśliwa).
Teraz napawam się moimi trzema dniami wolnymi. Dobrze wyspać się w końcu. Wstawanie o 3, żeby pójść do pracy to jakiś koszmar nad koszmarami. Już dzisiaj mogę z ręką na sercu powiedzieć, że po roku wynoszę się z tej firmy. Za dużo zdrowia mnie to kosztuje. Dzisiaj nawet poszłam pobiegać, bo jak nie zacznę czegoś robić, to szybko się tu wykończę. Niby tylko kelneruję na wysokości około 11 km, ale to gorsze jak robota w kopalni… tyle, że lepiej płacą. Leciałeś kiedyś z przesiadką? Zapewne byłeś zmęczony po takim locie. To teraz pomyśl, że robisz dwa loty dziennie przez pięć dni w tygodniu i do tego biegasz po samolocie, kiedy ciśnienie wbija Cię w podłogę. Że już o wstawaniu w środku nocy nie wspomnę. Także mam nadzieję, że za rok o tej porze, będę już sobie urządzać mieszkanko w Lizbonie. Niby miałam wrzucić jakieś fotki w końcu, ale tak się składa, że jakoś nie mam nic ciekawego. Cóż jutro wybiorę się na spacer (jeśli pogoda w końcu dopisze) i napstrykam co nieco.
Summary
First time part for non Polish speakers visiting my website. I realize that probably it’s minority, but at least… First of all I would like to say sorry for mistakes I will or I already did, but I will try to do my best.
This time the main topic of my entry are prices and generally food. Generally my conclusion is simply: food in West Europe is tasteless. If not Turkish minority and their restaurants in Kavelaer I would die of hunger. All in all they have lower prices than Germans and all types of food they offer seems to be more healthy. I consider buying a bread in their shops because at least it has a taste.
Not so long and probably not so interesting but I was trying. Maybe one day I will make entirely English entry apart from others. But right now I’m too lazy to do it…
Za mną całkiem przyjemny tydzień kursu, na który tak naprawdę czekałam od początku, czyli wyjazd na Wyspy. Zaczęło się od tradycyjnego spotkania grupy kilka godzin wcześniej, żeby przypadkiem się nie spóźnić, bo przecież lotnisko we Wrocławiu jest tak ogromne, że aby przejść z jednego końca na drugi, 10 minut może okazać się za dużo. Tak więc postaliśmy sobie podziwiając parę pijanych kolesi po kryjomu pijących piwko i ostentacyjną kaplicę
Drugi dzień miał być luźniejszy. Z rana tradycyjny zryw i idziemy na aircraft visit, co by zobaczyć jak to wszystko wygląda od kuchni. Koniec końców pół dnia marźliśmy w nieogrzewanym samolocie (dobrze, że chociaż włączyli nam światła). Nie powiem, żeby ten dzień w jakiś znaczący sposób wpłynął na stan mojej wiedzy. Cabin Crew, którzy mięli się nami zająć, zajęli się plotkowaniem, użalaniem się nad swoją ciężką pracą i generalnie totalnym olewaniem nas i robieniem łaski, że żyją. Jakby sami wyssali całą wiedzę z mlekiem matki. Żałosne. Po zajęciach planowaliśmy wyjechać poza lotnisko i zobaczyć kawałek świata, ale pogoda tak się popsuła, że ostatecznie postanowiliśmy zostać w hotelu i korzystać z jego uroków. Osobiście starałam się wyzdrowieć, ale spora część grupy spędziła wieczór na basenie, w saunie i na siłowni. Wszystko wliczone w nocleg!!
W środę czekał nas najgorszy dzień: 5.50 spotkanie pod biurem Dalmac (firma, która nas rekrutowała, wydawało się, że będzie to jakaś ogromna korporacja, a ich biuro zajmowało jeden z tych malutkich domków). Pojechaliśmy do Dublina na basen, popływaliśmy trochę w ubraniach, zaliczyliśmy co było do zaliczenia i powrót do Rush. To by było na tyle z mojej wycieczki do Dublina… A w Rush czekało nad pół dnia wypełniania papierów i badania medyczne z siusianiem do kubeczka włącznie (sprawdzali obecność narkotyków). W miedzy czasie udało mi się wyrwać z koleżanką i połazić po sklepach w poszukiwaniu pocztówek przede wszystkim. No niestety, Walę-w-tynki zdominowały nawet so called apteki. Generalnie to groteska. Kupno odpowiedniego wapna urasta tu do problemu rangi czy wszechświat się rozszerza, czy kurczy. Przynajmniej pogadałyśmy sobie w właścicielem polskiego sklepu. Nie ma tego złego. A żeby uszczęśliwić nas jeszcze bardziej Dalmac dał nam crew bags, tak więc zmęczeni, głodni i obładowani jak konie pociągowe podążyliśmy do domów. Ja prosto z domu poszłam do koleżanek. Nakarmiły mnie i poszłyśmy zobaczyć morze. Wiało trochę, było ciemno i zimno, ale usłyszeć fale rozbijające się o brzeg – bezcenne. Na koniec w poszukiwaniu piwa poszłyśmy do sklepu. Aby pomóc koleżance, zadałam ekspedientce jakże kulturalne i wyrafinowane pytanie: Where is a beer? Po tym chciałam już tylko zapaść się pod ziemię. I tym miłym akcentem, zrobienia z siebie idiotki wróciłam do domu i szybko poszłam spać.