Author: Agniecha
• Poniedziałek, marzec 01st, 2010

Jako że mam trzy dni wolnego, poszłam dzisiaj na prawdziwe zakupy i generalnie jestem w ciężkim szoku. Miałam czas, żeby na spokojnie rozeznać się w sklepowej sytuacji. Zacznę od pieczywa. Bułki są ok, nawet zjadliwe, ale ile można się nimi zapychać. Z tego też tytułu postanowiłam kupić chleb. Cena wszystkich jedna i ta sama, jako że mój język niemiecki nie istnieje, więc wzięłam to co wyglądało najapetyczniej i cóż jem właśnie kanapkę z jakaś zakichaną słodką bułą. Kupiłam też włoski makaron (najtańszy, jaki był) i znowu bez rewelacji. Przynajmniej serek pleśniowy pyszny, ale z tym pseudochlebem jakoś słabo się komponuje. Zakupem kluczowym był dziś papier toaletowy. I w tej kwestii jeszcze nie doszłam do siebie po moim odkryciu. Najtańsze co udało mi się znaleźć, to 4 rolki za 1,49€, czyli lekko licząc ponad 6zł za papier toaletowy!! Od tej granicy ceny szły tylko w górę.

Owoce są lepsze i tańsze u jednego Turka w sklepiku na uboczu. Generalnie powiem szczerze, gdyby nie Turcy to bym tu zdechła z głodu. Kebab otwarty do 23, więc jak mnie przyciśnie zawsze mogę pójść się dożywić, wyśmienita turecka pizza tuż za rogiem. Do niemieckiego baru/knajpy/restauracji nawet jeszcze nie zajrzałam i jakoś nie zanosi się w najbliższym czasie. U gościa od owoców widziałam, że można też kupić chleb turecki i chyba zacznę się tam zaopatrywać, nawet jakbym miała przepłacić, ale przynajmniej będzie zjadliwe. I tu nasuwa mi się pewna konkluzja: nasza rodzima kuchnia chyba mimo wszystko ma bliżej to Azji Mniejszej niż Europy Zachodniej. Szczerze mówiąc, jak tak sobie pomyślę, to nie przypominam sobie, żebym poza Portugalią, jadła jakieś zjadliwe pieczywo… i w ogóle, żeby kuchnia generalnie była zjadliwa… Rzecz gustu, ale Wyspy – kulinarny syf, którego do niczego nie można porównać, Niemcy jak widać też bez rewelacji, Dania – to były bardzo ciężkie dwa tygodnie dla mojego żołądka, Francja – nie byłam, ale naród, który smakuje w ślimakach i żabach raczej nie może sobą reprezentować niczego dobrego (zresztą dzięki ich zeszłotygodniowym strajkom straciłam 130€, bo nie ukończyłam praktyk w terminie i długi lot do Maroko przepracowałam charytatywnie, z którego to powodu jestem wręcz przeszczęśliwa).

Teraz napawam się moimi trzema dniami wolnymi. Dobrze wyspać się w końcu. Wstawanie o 3, żeby pójść do pracy to jakiś koszmar nad koszmarami. Już dzisiaj mogę z ręką na sercu powiedzieć, że po roku wynoszę się z tej firmy. Za dużo zdrowia mnie to kosztuje. Dzisiaj nawet poszłam pobiegać, bo jak nie zacznę czegoś robić, to szybko się tu wykończę. Niby tylko kelneruję  na wysokości około 11 km, ale to gorsze jak robota w kopalni… tyle, że lepiej płacą. Leciałeś kiedyś z przesiadką? Zapewne byłeś zmęczony po takim locie. To teraz pomyśl, że robisz dwa loty dziennie przez pięć dni w tygodniu i do tego biegasz po samolocie, kiedy ciśnienie wbija Cię w podłogę. Że już o wstawaniu w środku nocy nie wspomnę. Także mam nadzieję, że za rok o tej porze, będę już sobie urządzać mieszkanko w Lizbonie. Niby miałam wrzucić jakieś fotki w końcu, ale tak się składa, że jakoś nie mam nic ciekawego. Cóż jutro wybiorę się na spacer (jeśli pogoda w końcu dopisze) i napstrykam co nieco.

Summary
First time part for non Polish speakers visiting my website. I realize that probably it’s minority, but at least… First of all I would like to say sorry for mistakes I will or I already did, but I will try to do my best.
This time the main topic of my entry are prices and generally food. Generally my conclusion is simply: food in West Europe is tasteless. If not Turkish minority and their restaurants in Kavelaer I would die of hunger. All in all they have lower prices than Germans and all types of food they offer seems to be more healthy. I consider buying a bread in their shops because at least it has a taste.
Not so long and probably not so interesting but I was trying. Maybe one day I will make entirely English entry apart from others. But right now I’m too lazy to do it…

Category: Niemcy 2010  | 2 Comments
Author: Agniecha
• Piątek, luty 26th, 2010

Jakimś cudem zaliczyłam końcowy egzamin i teraz jestem tutaj, w Kevelaer w Niemczech. Fantastyczne miejsce, jak szukasz rozrywki, zawsze możesz pójść do kościoła. Do koloru do wyboru. Z tego co wiem, to miasteczko pełni lokalną funkcję naszej Częstochowy, więc po prostu czekam aż zacznie się sezon. Generalnie ceny są bardziej jak wysokie za rzeczy, które normalnie u nas kupujesz w ciuchlandach. Sklepy zamykają w środku dnia. Jest jeden market, który pracuje do 22, a tak poza tym, to reszta się zamyka w momencie, kiedy u nas sklepy dopiero zaczynają mieć obroty. Co do Niemców…wyjątkowo mało urodziwy naród. I dotyczy to obu płci. Kobiety o siebie nie dbają, albo dbają tak, że nie widać, a mężczyźni wprost przeciwnie: solarium, włosy na żel, biżuteria… Sporo też Turków, przynajmniej mają tanie i pyszne jedzenie. I są zawsze uśmiechnięci dla klientów. Zresztą Niemcy też są ok i można się z nimi dogadać po angielsku, co z Turkami jest już niemożliwe - albo niemiecki albo turecki. I ważna notatka: mało gdzie można tu płacić kartą Visa, dzięki czemu poznałam już chyba połowę bankomatów w mieście. Zawsze warto mieć przy sobie gotówkę.

Miejsce mojej pracy jest kilka kilometrów dalej, tuż przy samej granicy z Holandią, stąd też wielu naszych pasażerów do Holendrzy. Powiem szczerze, szczerze nienawidzę tego języka. Już nawet Niemiecki brzmi przy nim jak serenada. Tylko kaleczy moje biedne bębenki.

W tym tygodniu mam fantastyczny plan: wstaję sobie o 3, żeby po 5 być na lotnisku. Zazdrościcie? Wczoraj, jak wróciłam do mojego hotelowego pokoiku byłam tak zmęczona, że od razu poszłam spać, a dzisiaj rano wstałam, zjadłam śniadanie i poszłam spać dalej. Ach, warto też wspomnieć to tej fantastycznej francuskiej nacji, dzięki której jutro jeszcze lecę charytatywnie, bo zachciało im się strajków i pół wczorajszego dnia spędziliśmy czekając, aż kochane żabojady łaskawie znowu zaczną pracować i będzie można wlecieć w ich przestrzeń powietrzną. Przynajmniej powdychałam sobie przez 2 h ciepłe hiszpańskie powietrze w Alicante na lotnisku. Ale wypadł mi jeden lot, który muszę zaliczyć w ramach nazwijmy to praktyk.

W poniedziałek pojechaliśmy też do Dussledorfu. Godzina w pociągu, żeby przebiec się po tej fantastycznej betonowej i rozkopanej pustyni. Generalnie, jak nie planujesz wydać swojej wypłaty, to nie ma po co tam jechać. Chyba, że koniecznie musisz zobaczyć Ren. Warto, bo ma nadzwyczaj czystą wodę, jakiej w Polsce to nie uświadczysz…może na odcinkach źródliskowych…

Cóż, jest to chyba mój najbardziej ironiczny wpis, ale wybaczcie. Jestem tak zmęczona, że ciężko jest mi się zebrać do napisania czegoś z humorem. Postaram się na początku tygodnia coś więcej wrzucić. Mam też trochę zdjęć. Zastanawiam się także nad umieszczaniem na końcu krótkiego podsumowania w języku angielskim, bo już mój piękny płakał, że nawet nic poczytać sobie tutaj nie może. No i w końcu sama też muszę się rozwijać…

Category: Niemcy 2010  | 2 Comments
Author: Agniecha
• Sobota, luty 13th, 2010

img_2364Za mną całkiem przyjemny tydzień kursu, na który tak naprawdę czekałam od początku, czyli wyjazd na Wyspy. Zaczęło się od tradycyjnego spotkania grupy kilka godzin wcześniej, żeby przypadkiem się nie spóźnić, bo przecież lotnisko we Wrocławiu jest tak ogromne, że aby przejść z jednego końca na drugi, 10 minut może okazać się za dużo. Tak więc postaliśmy sobie podziwiając parę pijanych kolesi po kryjomu pijących piwko i ostentacyjną kaplicę z wejściem w centralnym miejscu lotniska. Na płycie lotniska okazało się, że wesoła parka leci z nami, całe szczęście w czasie lotu obyło się bez atrakcji ich strony. Co prawda jeden z nich o mały włos zapłaciłby 10 tys. € za palenie na płycie lotniska.

Rush

Rush

W ten sposób dolecieliśmy do Stansted (Londyn). Niby takie wielkie to lotnisko miało być, ale ja bym je umieściła w kategorii średnich. Wielki oszklony kloc, gdzie prędzej dogadasz się po Polsku niż w jakimkolwiek innym języku. Tutaj też znajduje się cała baza szkoleniowa Ryanair, więc jeszcze tego samego dnia, niemal prosto z lotniska pojechaliśmy taxówkami (bo na autobus oczywiście się spóźniliśmy – o stronie organizacyjnej jeszcze wspomnę) do wielkiego hangaru, gdzie znajdowała się kabina szkoleniowa a za ścianą technicy dopieszczali nówki nieśmigane Boeingi. Ubraliśmy jakieś śmieszne kombinezony robocze i ćwiczyliśmy drille (sequence of actions which should be followed). Wieczorkiem wróciliśmy do hotelu – Radisson. No cacko powiem. Cena za nocleg to pewnie nie spada poniżej 120€. Ogrzewanie podłogowe w łazience, codziennie sprzątane w pokoju (jak się okazało przez sympatycznego rodaka), dwa rodzaje Internetu, czajnik + zestaw herbat, TV i wiele innych atrakcji, robiących wrażenie. W porównaniu z tym co przeżyłam na studiach, to luksus. A jak się okazało wliczone śniadanie, czyli idziesz do stołówki i jesz ile wlezie i na co masz ochotę, bo taki wybór.

img_2320Drugi dzień miał być luźniejszy. Z rana tradycyjny zryw i idziemy na aircraft visit, co by zobaczyć jak to wszystko wygląda od kuchni. Koniec końców pół dnia marźliśmy w nieogrzewanym samolocie (dobrze, że chociaż włączyli nam światła). Nie powiem, żeby ten dzień w jakiś znaczący sposób wpłynął na stan mojej wiedzy. Cabin Crew, którzy mięli się nami zająć, zajęli się plotkowaniem, użalaniem się nad swoją ciężką pracą i generalnie totalnym olewaniem nas i robieniem łaski, że żyją. Jakby sami wyssali całą wiedzę z mlekiem matki. Żałosne. Po zajęciach planowaliśmy wyjechać poza lotnisko i zobaczyć kawałek świata, ale pogoda tak się popsuła, że ostatecznie postanowiliśmy zostać w hotelu i korzystać z jego uroków. Osobiście starałam się wyzdrowieć, ale spora część grupy spędziła wieczór na basenie, w saunie i na siłowni. Wszystko wliczone w nocleg!!

Nadszedł wtorek i nadszedł czas na lot do Dublina. Rano jeszcze tylko pobudka po 3, bo o 4 zaczynały się zajęcia w ośrodku szkoleniowym. Całość okazała się kolejną farsą, kadra była zmęczona po imprezie, więc jak najszybciej chcieli wypchnąć nas do domu. Generalnie kolejna porażka organizacyjna. Wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy i polecieliśmy do Irlandii. Obyło się jakoś bezboleśnie. Na miejscu urzekło nad typowo oceaniczne powietrze, a w miarę jak jechaliśmy do Rush, krajobrazy sprawiły, że zakochałam się w tym kraju. Urocze domki, soczysta zieleń, przepiękna gra barw w czasie zachodu słońca (jak się okazało następnego dnia, wschody są jeszcze piękniejsze). W Rush wszystko wyglądało, jak kartonowe miasteczko dla lalek. Domki malutkie, ulice wprost proporcjonalne. Przydzielono nas do host families i pojechaliśmy. Miałam swój własny pokoik, z TV którego nie mogłam przełączyć z trybu dvd, i wielkie małżeńskie wyrko. Jak się okazało inni mięli mniej szczęścia – zimno i daleko od punktu spotkań. A nam Pani nawet przygotowała wielki lunch. Rewelacja.

img_2321W środę czekał nas najgorszy dzień: 5.50 spotkanie pod biurem Dalmac (firma, która nas rekrutowała, wydawało się, że będzie to jakaś ogromna korporacja, a ich biuro zajmowało jeden z tych malutkich domków). Pojechaliśmy do Dublina na basen, popływaliśmy trochę w ubraniach, zaliczyliśmy co było do zaliczenia i powrót do Rush. To by było na tyle z mojej wycieczki do Dublina… A w Rush czekało nad pół dnia wypełniania papierów i badania medyczne z siusianiem do kubeczka włącznie (sprawdzali obecność narkotyków). W miedzy czasie udało mi się wyrwać z koleżanką i połazić po sklepach w poszukiwaniu pocztówek przede wszystkim. No niestety, Walę-w-tynki zdominowały nawet so called apteki. Generalnie to groteska. Kupno odpowiedniego wapna urasta tu do problemu rangi czy wszechświat się rozszerza, czy kurczy. Przynajmniej pogadałyśmy sobie w właścicielem polskiego sklepu. Nie ma tego złego. A żeby uszczęśliwić nas jeszcze bardziej Dalmac dał nam crew bags, tak więc zmęczeni, głodni i obładowani jak konie pociągowe podążyliśmy do domów. Ja prosto z domu poszłam do koleżanek. Nakarmiły mnie i poszłyśmy zobaczyć morze. Wiało trochę, było ciemno i zimno, ale usłyszeć fale rozbijające się o brzeg – bezcenne. Na koniec w poszukiwaniu piwa poszłyśmy do sklepu. Aby pomóc koleżance, zadałam ekspedientce jakże kulturalne i wyrafinowane pytanie: Where is a beer? Po tym chciałam już tylko zapaść się pod ziemię. I tym miłym akcentem, zrobienia z siebie idiotki wróciłam do domu i szybko poszłam spać.

Następnego dnia oczywiście znowu trzeba było wstawać w środku nocy, żeby zdążyć na samolot, który okazał się opóźniony o 15 minut. W środku okazało się, że lot obsługiwała przesympatyczna w połowie polska załoga. W Stansted z żalem rozstaliśmy się z nimi i pobiegliśmy na kolejny samolot tym razem już do Wrocławia. Oczywiście nie obyło się bez problemów w check-in i w ogóle, ale koniec końców jakimś cudem wszyscy zdążyliśmy do gate’u na czas. A w samolocie okazało się, że spotkaliśmy naszych dobrych znajomych z poprzedniego lotu, z którymi ostatecznie dotarliśmy jakoś do Wrocławia.

Mam bardzo mieszane uczucia. Ja nie wiem, czy to tylko na tej trasie, czy generalnie, ale jakoś dziwnie latają Ci piloci. Ostre zakręty, dziwne kąty w czasie startu, wiadomo – pogoda robi swoje, ale poza moim pierwszym lotem, jeszcze nie byłam tak zestresowana. Jakoś nie wróżę sobie długiej kariery w tych liniach lotniczych (pod warunkiem, że zdam poniedziałkowy egzamin). Przez rok mogę się pobawić w cabin crew, spłacę kredyt, odłożę trochę kasy i za rok w końcu przeprowadzam się do Lizbony, chyba że obleję, to przeprowadzę się trochę szybciej. Co więcej – nie polecam lotów do Stansted, lepiej omijać to lotnisko. Nie ma nic ciekawego a i obsługa opryskliwa. Co do organizacji całego wyjazdu – cóż raczej było brak tej organizacji, posklecane wszystko prowizorycznie byle pchnąć. Zresztą, jak cały kurs. No zobaczymy jak to wszystko dalej pójdzie.

Fotki: tutaj