Maj 12 2017

Nieznany Śląsk Opolski

Zapewne każdy z nas, w mniejszym lub większym stopniu, jest zafascynowany fenomenem Dolnego Śląska i jego losów w czasie drugiej wojny światowej. Każdy słyszał o kompleksie Riese, złotym pociągu czy złocie Wrocławia. Wszystkie te historie pobudzają naszą wyobraźnię i powodują wypieki na twarzy, kiedy pojawiają się nowe wątki.

 

W tym wszystkim zapominamy o tym, że granica polsko-niemiecka nie przebiegała gdzieś w okolicach Wrocławia, a prawie 150km dalej na wschód, mniej więcej na dzisiejszej granicy województw opolskiego i śląskiego.

I właśnie na tym terenie chciałabym się dzisiaj skupić. A dokładniej na miejscowości Ligota Dolna (pow. Strzelce Opolskie). Dzisiaj to wioska na końcu świata, do której żeby dojechać trzeba się dobrze nakombinować. Jedynie mijane miejscowości wskazują na to, że kiedyś był to obszar niezwykle bogaty. Świadczy o tym bogata zabudowa, wielkie gospodarstwa i duże murowane kościoły mijane w każdej wiosce.

http://s3.flog.pl/media/foto/3736138_ligota-dolna–.jpg

I właśnie ta mała wieś – Ligota Dolna (Nieder Ellguth), była świadkiem dwóch, nie tyle wydarzeń,co długotrwałych procesów. Po pierwsze w XIX wieku powstał tu kamieniołom wapienia triasowego. Znajduje się on na wzgórzu, a raczej za nim, albo na tym co z niego zostało. Dzisiaj już mocno zarośnięty krzakami i niestety służący niektórym za wysypisko śmieci. Sprawnym okiem można dostrzec jego ogrom. Na terenie kopalni, w celu produkcji wapna palonego, wybudowano kamienny piec. Szczegóły działania takiego pieca można znaleźć TUTAJ. Tuż przed piecem, kilkanaście metrów niżej stoi obiekt, który mógł być kopalnianą rozdzielnią albo w ogóle transformatorem. Ciężko jednoznacznie to określić. Brak jest jednak śladów po słupach energetycznych, skąd nasuwa się raczej drugie rozwiązanie. Jeśli jednak ktoś ma na ten temat informację, proszę dać znać. Wracając jednak do pieca. Dzisiaj góruje on nad miejscowością i mimo, że jest na terenie prywatnym, przyciąga ciekawskich turystów. Co takiego w nim charakterystycznego? Przyjrzyjmy się zdjęciu: w oczy rzuca się Ikar, któremu brakuje nóg. Prawdopodobnie w dolnej części płaskorzeźby znajdowała się swastyka. W 1938 roku, już po zaniechaniu wypalania wapna, piec przebudowano na pomnik organizacji NSFK (Narodowosocjalistyczny Korpus Lotniczy – Nationalsozialistisches Fliegerkorps). Na ścianie frontowej umieszczono reliefową rzeźbę Ikara z napisem NSFK1.

Robi się coraz ciekawiej?

http://dolny-slask.org.pl/3753794,foto.html

Tu zahaczamy o drugi wątek. Od 1926 roku w Ligocie Dolnej funkcjonowało lotnisko dla szybowców. Pierwszym jego użytkownikiem była zapewne niemiecka organizacja Deutsche Luftsportverband, zajmująca się kształceniem pilotów szybowców i prywatnych samolotów1.  W 1937 roku zostało ono przejęte przez wspomniany już Narodowo-Socjalistyczny Korpus Lotniczy, filialną wobec NSDAP organizację grupującą i kształcącą przyszłych pilotów Luftwaffe2. W 1944r. lotnisko zostało zbombardowane przez Amerykanów. Po zajęciu tych terenów przez Sowietów, było one przez nich przez chwilę używane, ale gdy linia frontu znacznie się przesunęła, zostało porzucone. Po wojnie planowano umieścić tu ośrodek szkolenia pilotów, jednak trwało to krótko2. Dzisiaj po lotnisku w Ligocie Dolnej nie ma już śladu. Szczególnie zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z tekstem Witolda Różałowskiego, który ze szczegółami opisuje jego dzieje.

 

Żeby jednak nie kończyć tak pesymistycznie, ciekawostka. Lotnisko w Ligocie Dolnej nie było jedynym na tym terenie funkcjonującym w okresie II wojny światowej i tuż po lotniskiem. Były ich w sumie trzy. Poza omawianym, powstało także lotnisko w Otmicach oraz w Kamieniu Śląskim. Wszystkie w promieniu maksymalnie 13,5 km od siebie! Z nich wszystkich do dnia dzisiejszego ostało się jedynie lotnisko w Kamieniu Śląskim, posiadające infrastrukturę do obsługi lotów pasażerskich z pasem startowym długości 2,5km! Z jakiegoś powodu lotnisko nie zostało otwarte.

Dzisiaj, na omawianym terenie, znajduje się Rezerwat Przyrody Ligota Dolna, będący częścią Parku Krajobrazowego Góry św. Anny, o czym w następnym wpisie.

 

 

1 http://dolny-slask.org.pl/503457,Ikar_z_Ligoty_Dolnej.html

2 Pietrucha Dariusz: Uskrzydlona historia Kamienia Śląskiego i okolic. „Odkrywca”, 2014, Nr.2(181), str. 22-28

Gru 30

Wojenna zbrodnia w Klementowicach

Dzisiaj temat ciężki. Zupełnie nie pasujący do atmosfery noworocznej. Ale może tym bardziej nakłoni on do refleksji i dziękczynienia, że żyjemy we względnie spokojnych czasach.

Wszystko zaczęło się późnym latem. Jadąc pociągiem do Opola, już za Puławami, ten nagle zwolnił gdzieś po środku niczego, w polu. Wyjrzawszy przez okno zobaczyłam bielejący na tle zaoranego pola nagrobek? Pomnik? Zaintrygowana sprawdziłam nazwę miejscowości – Klementowice.

W czasie II wojny światowej powiat Garwoliński (ta część to obecnie Rycki) był zamieszkany przez bardzo liczną mniejszość żydowską. Jak wszędzie, spotkała się ona z represjami ze strony nazistów. Wielu mieszkańców pomagało Żydom, ukrywali ich przez czas okupacji, pomagali uciekać. Niestety, wielu z nich nie uniknęło tragicznego końca, wywiezieni do Treblinki czy Sobiboru. Historie te są opisywane w lokalnym kwartalniku gminy Kurów „O nas”. Warto zajrzeć w wolnej chwili.

W czasie wojny Niemcy zaczęli budować w Klementowicach drugą linię torów kolejowych.

„To właśnie tu na stacje kolejową w Klementowicach w czerwcu 1942 r. Niemcy przywieźli koleją prawdopodobnie z warszawskiego getta około 400 mężczyzn obywateli polskich pochodzenia żydowskiego do pracy przy układaniu toru kolejowego. Byli oni przetrzymywani w barakach na terenie Zespołu Szkół Rolniczych w Klementowicach. Z powodu głodu byli słabi fizycznie i nie nadawali się do pracy. Wyselekcjonowano więc około 50 młodych i sprawnych do pracy, natomiast pozostałych Niemcy postanowili zgładzić. Nakazano im więc wykopanie własnego grobu a kiedy nie byli w stanie tego zrobić, mogiłę w sobotę wykopano koparką pracującą przy budowie torów. Następnie nad wykopanym dołem rozmiarów 7 x 14 m położono deskę, na którą rankiem w niedzielę aby nie było świadków pracujących na sąsiednich polach wprowadzono ofiary i rozstrzeliwano. Dotychczas nie ustalono tożsamości ofiar tej zbrodni dokonanej przez funkcjonariuszy hitlerowskich Niemiec.”*

Niestety, w 1969, śledztwo prowadzone przez Komisję Badań Zbrodni Hitlerowskich w Lublinie, zostało umorzone ze względu na niewykrycie sprawców.

www.sztetl.org.pl

www.sztetl.org.pl

Pamięć o tych wydarzeniach była jednak żywa od czasów wojny. Jednak dopiero w 2014 roku badania georadarowe  potwierdziły położenie zbiorowej mogiły i na ich postawie w maju 2015 roku postawiono pomnik pamięci ofiar tej zbrodni – macewę.

Nadal wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Czy poznamy kiedyś nazwiska ofiar? Jaka jednostka była odpowiedzialna za budowę tego odcinka linii kolejowej? Ile jeszcze ludzi zginęło w czasie budowy? Czy zachowała się jakaś dokumentacja?

Najprawdopodobniej nigdy nie poznamy całej prawdy. Jednakże jeżdżąc tą linią kolejową w kierunku Kielc, warto zadumać się przez chwilę i wspomnieć ludzi, którzy zginęli w trakcie jej budowy, a także setek innych, gdzie w czasie II wojny światowej ginęli niewinni ludzie, a z owoców których ciężkiej pracy na co dzień korzystamy, nie zdając sobie nawet z tego sprawy….

* fragment przemówienia wójta gminy Kurów pana Stanisława Wójcickiego – http://parafiaklementowice.pl

Paź 06

Kochana zmiana czasu nadchodzi…..

Od kliku dni złości mnie perspektywa nieuniknionej zmiany czasu na zimowy. Oczywiście nic nowego nie napiszę, bo chyba już wszystko zostało powiedziane, nie mniej jednak chciałam wylać swoje żale. Co pół roku temat powraca, jak bumerang. Od lat przedstawiane są opasłe analizy, czy to się jeszcze komukolwiek opłaca i jaki ma to wpływ na zdrowie. Oczywiście poza debatą, nic się nie zmienia. Klasyczny problem krajów pierwszego świata.

Z mojej prywatnej perspektywy, zmiana mija się z celem. Wyłożę to łopatologicznie: rano i tak muszę wstać do pracy na określoną godzinę, więc jest mi wszystko jedno czy na dworze jest ciemno, czy szaro. Wieczorem z kolei, moja produktywność drastycznie spada. Wracam do domu, jest ciemno, a o godzinie 20 osiągam już stan letargu. Na tym etapie już nic produktywnego nie zrobię. Jak dobrze pójdzie, do 22 wytrzymam. Tym sposobem idę spać przynajmniej godzinę wcześniej niż normalnie/latem.

1300818935_by_brzezik91_600Inna sprawa, że zima dla większości z nas jest okresem wegetacji. Niestety, kończąc pracę o godzinie 16 czy 17, nie mamy absolutnie szans, żeby pocieszyć się deficytowym słońcem. Wyjątkiem jest sytuacja, kiedy ktoś zaczyna pracę później niż o 8. Wtedy może jeszcze to słońce zobaczyć i wchłonąć witaminki D (pod warunkiem, że nieba nie pokrywa kilkukilometrowa warstwa chmur). Zmiana czasu i tak nic nie zmienia. Dzień jest i będzie krótszy a ja i tak muszę iść do biura a nie robić obrządek w gospodarstwie (nie, żeby zimą miało to większe znaczenie), a jedyne światło jakie widzę w zimie, to te bijące z ekranu monitora.

Rozwiązaniem byłaby zapewne zimowa migracja, gdzieś na popołudniową półkulę, albo przynajmniej w jej okolice, żeby jednak utrzymać wysoki poziom produktywności i nie uszczuplać i tak marnych zapasów słonecznych witaminek. Albo może w ogóle wyprowadzić się na stałe, gdzieś do strefy podzwrotnikowej (żeby nie było za sucho). Ciepłe lato, łagodna zima (jeśli w ogóle) i brak egipskich ciemności zapadających o godzinie 16…. Zawsze jest o czym pomarzyć.

Całej reszcie pozostaje zimowa depresja, marazm i ogólne lenistwo. Potrzeba dużej motywacji, żeby zrobić cokolwiek nadprogramowo. Sarkastycznie rzecz ujmując: pełna nadziei na szybkie oświecenie naszego jaśnie nam panującego i zaniechanie tej fatalnej w skutkach praktyki, życzę nam wszystkim siły…żeby przetrwać te kilka miesięcy w ciemności.

Wrz 13

Reaktywacja 10.0

Nic poza sarkazmem wobec samej siebie mi już nie zostało. Od kilku lat reaktywuję bloga raz do roku. Ostatnio jednak specjalnie przestałam pisać. Wojen polsko-polskich oraz rosnącej w Europie ksenofobii,  wiodących ostatnio prym popularności, nie uważam za tematy którymi warto bezcześcić moją wieloletnią spuściznę tegoż bloga. Także pomijając kilka zeszłorocznych tekstów, zarzucam tego typu polityczne/społeczne nurty. Szkoda czasu i moich i waszych nerwów.

Wracamy także do tematów lekkich i przyjemnych jak np. skaczące po łące słońce, anegdotki z życia korpo-travel-arrangera, uroki życia w bloku w szemranej dzielnicy miasta i tym podobne  kwiatki.

Mam nadzieję, że tym razem nie zabraknie mi motywacji i czasu na pisanie. Zwłaszcza, że często mam w głowie gotowy tekst, ale zamiast usiąść i go napisać, to w między czasie zajmuję się milyjonem innych rzeczy i ostatecznie go zapominam. I tym sposobem wiele wiekopomnych, ziejących sarkazmem i autoironią dzieł, zatonęło w odmętach mojej pamięci. Brawo ja. Przepraszam was drodzy czytelnicy, że pozbawiałam was możliwości takiej, wiele wnoszącej do waszego życia, lektury. Postanawiam się poprawić.

Tymczasem zapraszam do podziwiania nowego dizajnu, oczywiście znalezionego na internetach 😉

Lis 14

A ja dzisiaj nie jestem Francuzką

Nie jestem i nie będę. Oczywiście współczuję poszkodowanym jednostkom. Mieli pecha, znaleźli się w nieodpowiednim miejscu w niedpowiednim czasie. Jednak wczorajsze wydarzenie, jako całość zupełnie mnie nie zaskoczyło. Wręcz było do przywidzenia. Może to tylko ze mną jest coś nie tak, a może tego typu akty nie robią już wrażenia jak zamach na WTC. Zagrożenie terroryzmem islamskim stało się  codziennością, które tkwi w poświadomości i z którym mimowolnie, świadomie lub nie, wszyscy się liczymy. To jak z latniem samolotem. Wsiadasz do niego, bo to najszybszy i najwygodniejszy środek transportu, ale wiesz, że jeśli się rozbije, to masz minimalne szanse na przeżycie.

Każdy, kto choć trochę orientuje się w historii wie, że w latach sześćdziesiątych, jako zadośćuczynienie za krzywdy wyrządzone w epoce kolonializmu, państwa Europy Zachodniej zaprosiły do siebie obywateli okupowanych terytoriów. Kraje te różnie sobie poradziły z napływem obcej kulturowo ludności, a chyba najlepiej Niemcy. Problem zaczyna się, kiedy zbliżymy się do krajów francuskojęzycznych. Walonia jest dla mnie flagowym przykładem całkowitego braku asymilacji ludności muzułmańskiej. Stojąc tam na dużym dworcu w środku dnia, bałam się o swoje bezpieczeństwo. O wyjściu do miasta nie było nawet mowy. Od znajomych wiem, że w nocy samotnie idąca kobieta po prostu prosi się o zbiorowy gwałt. Chodzi się tylko grupkami i zawsze z obstawą kolegów. Celowo wspominam tu o Walonii, a nie Belgii jako całości, ponieważ jakkolwiek we Flandrii ciężko jest spotkać autochtona, to jednak jest względnie bezpiecznie.

We Francji zapewne są regiony, gdzie jest podobnie, jak w Walonii. Przynajmniej raz w roku słyszymy o tym, że płoną samochody, że są rozruchy niezadowolonych młodych muzułmanów. Niekontrolowany napływ imigrantów, tylko przyspieszył to, co było nieuniknione. I tu tak naprawdę dotykamy drugiego dna tego problemu. Wpuściliśmy na swoje terytorium ludzi, których nazwisk nawet nie znamy, nie wspominając już o bardziej szczegółowych informacjach. I już dzisiaj wiemy, że jednym z wczorajszych zamachowców był syryjski „imigrant”.

Dlaczego stało się to we Francji? Wyjdzie tu zapewne moja negatywna i niepoprawna politycznie opinia o tym narodzie, ale niech będzie. Moim zdaniem określenie „francuski piesek” nabiera tu nowego wydźwięku. Bo jak zareagowali obywatele tego kraju? Składaniem kwiatów, płaczem i ogólnym lamentem. Rozumiem, szok. Ale jestem więcej niż pewna, że w takiej Wielkiej Brytanii czy w Niemczech czy nawet w Polsce, po takim wydarzeniu, znalazłaby się grupa obywateli, którzy w ramach wyznawanych przez siebie wartości, zdecydowaliby się na odwet na mniejszości narodowej/religijnej. Oczywiście nie popieram tej metody, ponieważ zazwyczaj odbija się ona na niewinnych ludziach, ale ma ona swoją psychologiczną wartość. Otóż stawia jasną granicę „nie pozwolimy na robienie burdelu u siebie w kraju”.

Słyszałam dzisiaj wypowiedź jednego z polskich antyterrorystów. Stwierdził on, że w przypadku takich przestępców, czy też osób, którym udowodniono terroryzm, służby powinny być bardziej dosadne. Natychmiastowa deportacja oraz mniej humanitarne metody przesłuchań. W Polsce od dawna stosuje się takie metody, tylko nikt tego otwarcie nie przyzna. Taka nasza poradziecka spuścizna, że czasami bezwzględność się opłaca, w ramach wyższych idei – bezpieczeństwa państwowego.

Nie tylko Francja, ale cała Europa stoi teraz przed zadaniem skutecznego zminimalizowania zagrożenia terroryzmem na kontynencie. Wymagać to będzie wielu wyrzeczeń oraz zakrojonych na szeroką skalę zadań wykonywanych przez odpowiednie służby. Jednak nie należy zapominać, że sedno problemu znajduje się kilka tysięcy kilometów na południowy wschód od Berlina.

Starsze posty «