Piasek w butach, czyli wspomnienia z wakacji

img_2871

Minął tydzień od kiedy wróciłam z urlopu, a dopiero dzisiaj mam czas i siłę, żeby cokolwiek napisać. W pracy postarali się, żebym szybko zapomniała, że kiedykolwiek byłam na wakacjach. Bardzo ciężki tydzień za mną. Ale skupmy się na tym co ważne.

Upragniony urlop zaczęłam na dwa dni przed urodzinami. Z samego rana pojechałam do Dusseldorfu na lotnisko. Swoją drogą miałam trochę stresu, bo nie wiem dlaczego (komunikaty motorniczego nadawane po niemiecku dużo mi nie mówiły) na pewnym odcinku trasy co chwila pociąg stawał na przejazdach kolejowych. Najważniejsze, że koniec końców ze wszystkim zdążyłam i wyleciałam do Lizbony. W samolocie poznałam pewną Portugalkę i przegadałyśmy cały lot. Dała mi numer telefonu, ale koniec końców nie zadzwoniłam. Trochę żałuję, ale trudno się mówi.

Plac zabaw
Plac zabaw

Następny dzień otarł się o koszmar. Siedziałam z Mańkiem na uniwerku, on się uczył a ja umierałam w męczarniach z nudów w bibliotece. Ile można czytać atlas? I tak 2,5 godziny. Miało być 3, ale skończył wcześniej. Szczęście moje nie miało granic. Wieczorem poszliśmy do znajomych na kolację. Zebrało się nas kilka osób i się okazało, że to moje przyjęcie urodzinowe. Był nawet tort, świeczka, toasty w kilku językach. Było fantastycznie. Dziękuję:)

Kolejne dwa dni stały pod znakiem sportu. W czwartek ja w końcu wyżyłam się na korcie do squash’a a w piątek chłopaki kopali piłkę. Namarzłyśmy się z koleżanką przez tą godzinę oczywiście obserwując naszych mężczyzn, jak cieszą się jak dzieci. Nawet nie zwracali na nas uwagi. Przynajmniej popełniłam całą serię zdjęć z tego wydarzenia. Przy okazji przygotowań do zbliżającego się koncertu z okazji rocznicy mańkowego uniwersytetu, widziałam genialne pisuary typu Toi Toi. Wyglądało jak plastikowy tulipan. Niestety nie zrobiłam zdjęcia temu interesującemu wynalazkowi.

Po meczu wybraliśmy się do restauracji na kolację. W sumie poszło nas 6 osób. Restauracja była taka jakaś melinowata, trochę śmierdziało, ale podobno to z beczek z piwem. Jedzenie było całkiem dobre a akompaniował nam chór rozkrzyczanych studentów, którzy świętowali rozpoczęcie roku akademickiego… Zresztą tego typu elementów było pełno w Lizbonie. Zawsze w tradycyjnych strojach: biała koszulka i jakiś czarny namiot na ramionach… Zbyt dokładnie się nie przyglądałam. Miasto Batmanów.

Tag
Tag

Nastał weekend i chciałam w końcu pójść na plażę. Niestety sobota okazała się zbyt wietrzna, więc Mani zaproponował, żebyśmy wybrali się na drugą stronę rzeki … statkiem. W tym celu trzeba było najpierw przepchać się przez całe miasto do przystani. Metrem poszło sprawnie i szybko. Bilet na prom też taniutki – za dwie osoby z kartami, w które „wgrywany” jest bilet zapłaciliśmy 4,5€. Tyle to ja płacę w Niemczech za pojedynczy przejazd do pracy. Ale mniejsza o to. Przepłynięcie na drugi brzeg zajęło chyba nawet mniej niż 30 minut, ale było warto. Widoki na Lizbonę niesamowite. Złapaliśmy autobus (ponad 8€ za dwie osoby, to już bardzo drogo) i przez dobrą godzinę tłukliśmy się po wioskach, żeby w końcu dotrzeć to znanego mi z zeszłego roku Freeport’u, czyli bezcłowego centrum handlowego pełnego markowych butików. Większości nawet to bezcłowe niewiele pomaga, bo na widok cen aż chcę się wybiec z krzykiem. Cóż pół dnia wycieczki, żeby zjeść obiad i kupić wieszaki na ubrania. Powrót do Lizbony już bezpośrednio przez most Vasco da Gama i prawie byliśmy w domu w ciągu 15 minut. Jest różnica.

plaża
plaża

Przez następne dwa dni padało. Przy okazji spróbowałam Tequili. Powiem tak: w życiu po alkoholu tak mi się nie chciało spać, jak po kilku kieliszkach tego 38% trunku. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Na drugi dzień postanowiliśmy obalić resztę, ale znowu padłam tym razem po dwóch kieliszkach. Za to we wtorek udało nam się wyskoczyć na plażę. Pogoda okazała się o wiele lepsza niż w mieście, nawet ciepło, woda zimna, ale było warto. Tradycyjnie sobie pospałam w promieniach słońca. Nawet nie wiem kiedy zleciał ten dzień. Ostatni dzień urlopu zresztą też..

W czwartek musiałam wracać. Jedynym plusem tego dnia było to, że pozwolono mi wziąć dwie torby na pokład bez sprawdzania co to grama wagi wyżej wymienionych. Miła odmiana po lotach Ryanairem, dzięki którym mam już jakieś stany nerwicowe przed podróżą jako pasażer. W każdym razie leciałam sobie z przesiadką we Frankfurcie. Co mnie zainteresowało na tym lotnisku, to komory gazowe dla palaczy. Genialne rozwiązanie. Stoją sobie jak budki telefoniczne, szklane, zero smrodu a i widać kto się truje. Podróż do Dusseldorfu była moim życiowym rekordem długości lotu. 15 minut czekaliśmy na start, po 15 minutach lotu zaczęliśmy schodzić do lądowania i po pół godzinie lotu byliśmy już na miejscu. Tutaj odjechał mi pociąg bo przerosło mnie kupienie biletu w automacie, ale koniec końców do domu dotarłam tylko pół godziny później niż planowałam.

Więc wróciłam sobie do mojego piekiełka, co cieszy mnie niezmiernie. Następny wyjazd w okolicach połowy listopada. Ale może w między czasie coś jeszcze wykombinuję, żeby się tutaj nie zanudzić. Byle przetrwać do grudnia…zaczynam długi urlop i na Święta zawitam do Lublina. Tymczasem pozostało mi jedynie kilka ziarenek piasku w butach, które wzięłam na plażę…

4 Komentarze

Skip to comment form

  1. szczegóły 😛

    • Ender on 14/10/2010 at 13:58

    Koniec rocznego projektu, przeprowadzka do własnej kawalerki w Wawie, ściągnięcie Efki na stałe – taaakie tam ;P

  2. sam chciałeś:p a może w końcu byś mi powiedział co się u Ciebie działo, a nie tylko jakieś szczątki informacji na gg 😛

    • Ender on 14/10/2010 at 09:23

    Gratulacje udanego urlopowania. A ja siedzę w stolicy bez wakacji, chlip chlip ;P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.