Kicz w Wielkim Mieście

Miałam dziś ochotę obejrzeć film. Wygrzebałam coś z domowej składnicy, ale okazało się, że w pudełku nie ma płyty. Wzięłam więc kolejny tytuł, który mi się nawinął. „Seks w Wielkim Mieście” z 2008 roku, czyli nie zaniżam swoich standardów i z godnym siebie refleksem oglądam „nowości” kinowe. Miałam w swoim życiu bardzo krótki epizod kiedy oglądałam serial. Jakaś przedostatnia seria czy coś. Nadszedł więc czas, żeby zobaczyć, co niesie ze sobą wersja pełnometrażowa. A tak przy okazji, kilka miesięcy temu Efka pisała coś o tegorocznej odsłonie „Seksu” (jednak przebudowała stronę i stare wpisy poszły…..).

Na wstępie oczywiście, krótkie nakreślenie sytuacji bohaterek serialu, co od razu mówi nam, że film będzie jedną wielką kontynuacją. Oczywiście niewtajemniczonych, te pięć minut ma wprowadzić w temat. Zaczęłam więc oglądać. Nie skupię się tu jednak nad treścią, ale formą tego tytułu.

Od samego początku przytłoczyła mnie ogromna ilość różnych dziwnych bardzo firmowych strojów/ciuchów/szmat-ek, które z wielkim namaszczeniem są noszone przez bohaterki. Cóż pod tym kątem film wygląda, jak wielka reklama marek, na które, nie oszukujmy się, większości z nas nigdy nie będzie stać . Zresztą, kto o zdrowych zmysłach wyskoczyłby na ulicę z jakąś bulwą czy innym pachruściem przyczepionym do ramienia i zasłaniającym pół twarzy. Największą żenadą jest strój znany z bodajże pierwszej serii. Takie jakieś różowe coś, co wygląda jak strój baletnicy. Zainteresowani na pewno wiedzą…ale ja nie wiem nad czym tutaj tak piać z zachwytu, chociaż w filmie prezentacji owej sukienki towarzyszyły okrzyki dzikiej radości.  Była także scena z torebką marki, którą, jak się dowiedziałam ostatnio w pracy, sporo osób chciałoby mieć. Cóż kolejne wielkie rozczarowanie. Choćby nawet mi dopłacili, to nie założyłabym modelu przedstawionego w filmie. Nie wiem jak reszta, ale właśnie stracili potencjalnego klienta.

ALE przecież to wszystko MODA przez wielkie M. Ja oczywiście na tym się absolutnie nie znam. Mój sceptycyzm w tej kwestii pomógł mi jednak spojrzeć na film chłodnym okiem. Oglądając serial, raz w tygodniu, pewne rzeczy po prostu nie rzucają się w oczy, ale kiedy przez ponad dwie godziny na ekranie co chwila przewijają nam się znane i bajecznie drogie marki różnej maści projektantów, zaczyna to działać na umysł. Akurat w moim przypadku, chęć posiadania owych produktów jak była, tak nadal jest równa zeru, a nawet mniejsza. Film jednak nie jest skierowany do takich ignorantów jak ja, tylko do biednych dziewczynek, które  sprzedałyby duszę, żeby upodobnić się do swoich idolek. I tu następuje bolesne zderzenie z ziemią, bo ile z nich na to stać? Ale koniunktura się nakręca… Mam wrażenie, że w całej fabule, perypetie bohaterek są jedynie tłem, a najważniejsza jest promocja ubrań, ze szkodą dla aktorek. Całość wydaje się różowa, cukierkowa, zbyt słodka, a jak wiemy, co za dużo to nie zdrowo.

Żeby nie było, podobała mi się jedna dramatyczna scena, gdzieś mniej więcej w 1/3 tego tasiemca, kiedy niedoszła panna młoda rozwaliła na głowie swego lubego wielki bukiet jakichś chwastów. Cóż za porywająca akcja. Koniec końców wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Przecież złe zakończenie, tudzież raczej obojętne, będące kontynuacją wątku, który ciągnął się przez 3/4 filmu, się nie sprzeda. W sumie jedynym realnym akcentem jest to, że aktorki jak były niezbyt urodziwe, takie też pozostały w filmie. Jedyna rzecz, która może pocieszyć zakompleksione nastolatki – gwiazdy też nie zawsze muszą być piękne. I ostatni wniosek: mimo wszem i wobec towarzyszącemu kiczowi, film natchnął mnie i zmotywował do pracy. Nie wiem jakim cudem, ale tak po prostu zaczęło mi się chcieć. I tym optymistycznym akcentem kończę powyższe chaotyczne rozważania.

5 Komentarzy

Skip to comment form

    • Ender on 30/10/2010 at 14:20

    Aż tak źle nie było – jakoś to w końcu przeżyłem ;P

  1. ale użył zwrotu „na szczęście”, więc chyba tak zupełnie bezboleśnie tego nie przeżył 😛

    • efka on 28/10/2010 at 13:16

    hehe, dzięki za linka do mnie 🙂 co do przeżyć Endera, to chyba nie takie najgorsze, bo akurat wtedy poszliśmy do kina, a nie na film ;> ;P

  2. no to moje kondolencje. Domyślam się, że było to dla Ciebie traumatyczne przeżycie…

    • Ender on 28/10/2010 at 10:47

    A ja musiałem iść z Efką na jedynkę do kina ;P
    Na szczęście na dwójkę poszła z koleżankami ;D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.