Gru 30

Wyjechana na wakcje

Uff… W wielkich bólach, ale w końcu idzie do publikacji…

Tak, tak, TAK!!! Nareszcie nadszedł czas na mój upragniony urlop. Czekałam na ten moment odkąd skończyłam poprzedni – na początku października.  Zaczęło się od wyprowadzki z dawnego miejsca zamieszkania i nocowania na lotnisku w Dusseldorfie. Generalnie w porę mnie oświeciło, że lecę w Niedzielę, a jak na Dzień Pański przystało, nawet w Niemczech jest ograniczona liczba pociągów. Miałam więc do wyboru, albo spóźnić się na samolot, albo poczekać na niego przez nockę. Jakimś cudem dotarłam na lotnisko z moją 22 kilogramową torbą podróżną i ciężkim laptopem na ramieniu. Tak szybko, jak tylko się dało, czyli dopiero o 5 rano, nadałam torbę. Ale i tak mięśnie bolały mnie jeszcze przez dwa dni. Najgorzej było znieść ją z peronu po schodach. Bałam się, że polecę w dół razem z nią i tak zakończę moje wakacje. Na lotnisku obolała i zmęczona dopadłam jakąś działającą kawiarenkę i wypiłam herbatkę. Jako, że należę do ludzi z natury uprzejmych, byłam także uprzejma w stosunku do pana kelnera. Rozsiadłam się wygodnie, wyjęłam książkę, potem pooglądałam film, a w między czasie szanowny pan kelner zaczął coś gadać, że niby mi zimno, i że mam na sobie dużo ubrań i się spytał czy mam stanik… Spojrzałam się na niego wzrokiem seryjnego mordercy nasyconego pogardą, dopiłam herbatkę i zmieniłam miejsce koczowania. Tak też dotrwałam do rana. Kimnęłam się gdzieś po drodze, a potem wsiadłam do samolotu.

Na początek przyjechałam do Portugalii, a tu miła niespodzianka – polska złota jesień, czyli jakieś 3 miesiące poślizgu. Przy czym zaraz zacznie się wiosna, bo zapewne już pod koniec lutego. Także żyć nie umierać i aż się nie chce jechać do Polski. Nawet nie bardzo mam jak się nacieszyć tą pogodą, bo Mani raz, że się wczoraj obronił i zdobył tytuł magazyniera inżynierii i architektury morskiej, a dwa że dalej coś jeszcze poprawia w pracce, a mnie samej nie chce się włóczyć po mieście. Poniekąd w akcie desperacji, ale także w ramach akcji przyswajania miejscowego języka, po raz pierwszy od lat się zhańbiłam i zakupiłam Elle. Nie muszę chyba dodawać, że doznałam intelektualnego szoku. Nie wiem, czy to tylko lokalna edycja jest tak płytka, czy polska też. Nie czytam, brak mi porównania. Wydałam prawie 4€, żeby się dowiedzieć co ma na iPodzie jakaś gwiazdka, o której w życiu nie słyszałam. Zdobyłam wiedzę niezbędną do dalszej egzystencji. Mogę więc przejść do kolejnej części mojej opowiastki.

Następnego dnia miały miejsce kolejne dwie obrony, na których wypadałoby by być. Pierwsza, z rana, współlokatora Mańka, którego generalnie nie trawię. Poszłam, wymęczyłam się, wymarzłam (dzień był wyjątkowo zimny) i potem nudziłam się a biurze, czekając na kolejną obronę. Tym razem mojego kolegi, ale na nią nie dotarłam. Skończyło się to wszystko całodniowym fochem. Przez kolejne dni raczej nic się nie działo. Odpuściłam sobie chodzenie na uniwersytet, bo po co. W domu mogę przynajmniej swobodnie się nudzić. Gdzieś po drodze nawinęła się mała impreza, na której, z nieznanych powodów, ofiarą padł szklany stół. Uwierzcie lub nie, ale nikt po nim nie skakał, stało tylko parę misiek z jedzeniem i nagle po prostu pękł. Potem jeszcze było świąteczne spotkanie z rodzinką w McDonaldzie i w końcu wyjazd do Polski.

Tego dnia mięliśmy niebywałe szczęście, bo mimo lekkiego opóźnienia ostatecznie dolecieliśmy do Warszawy. Traf chciał, że lecieliśmy z przesiadką w Mediolanie, bo lotniska po drugiej stronie Alp były już pozamykane z powodu intensywnych opadów śniegu. Tata odebrał nas  w Warszawie i już bez żadnych przeszkód dotarliśmy do Lublina. Nastąpił tydzień obżarstwa. Akurat postanowiłam się odchudzać, ale chyba wybrałam sobie mało odpowiedni moment. Generalnie cały tydzień zleciał na przygotowaniach do świąt, jedzeniu i spaniu. Tymczasem święta już za pasem, zobaczymy co przyniesie kolejny tydzień.

6 Komentarzy

Skip to comment form

  1. nieee, już wróciłam do Portugalii. Byłam przez dwa tygodnie, ale wiadomo jak to w okresie świątecznym, ciągle coś do zrobienia, a jak jest czas, to wszystko pozamykane… Może przyjadę w marcu… chciałabym…

    • Maria on 07/01/2011 at 10:49

    Czyżbyś była teraz w Lublinie? Może jakieś spotkanie?
    A stoły szklane tak mają. Wystarczy rysa, zmiana temperatury i rozpadają się.

  2. hehe no skrobnę na dniach :P:P

    • Dorota on 03/01/2011 at 12:21

    czekam na wpisu z wakacji ciag dalszy, bo z tego co mi wiadomo to ledwo polowa urlopu minela ;d

  3. No mam nadzieję, że może jednak się uda. Następnym razem będę jechała na łikend do domu przez Warszawę, także dam znać wcześniej.

    • Ender on 30/12/2010 at 14:21

    No i się jakoś tak nie zdążyliśmy wszyscy spotkać, a czuję, że następnej okazji szybko nie doczekamy ;P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.