Część druga moich wakacyjnych przygód…

Mario, mój siostrzeniec

Mario, mój siostrzeniec

Wakacje dawno się skończyły (w zeszły piątek), a stronka dalej zarasta kurzem. Najwyższa pora w końcu coś napisać. Większość tego wpisu powstała w lizbońskim autobusie na papierze, dlatego też przepiszę tutaj wszystko, w wersji oryginalnej…

Siedzę właśnie w autobusie, bo oczywiście jest korek. Myślałam, że zwinnie jak łania prześlizgnę się przez miejski gąszcz Lizbony, ale jednak nie. Godzina 18 to tutaj chyba popołudniowy szczyt komunikacyjny. Tak więc postanowiłam analogowo, na papierze, przynajmniej zacząć pisać, jak wyglądała druga część moich wakacji.

Podróż do Polski odbyła się prawie, powtarzam prawie, bez problemów. Lecieliśmy z przesiadką w Mediolanie, a jak to we Włoszech bywa, niejedna rzecz Włochów przerasta np. zorganizowana praca lotniska. Tak więc wystartowaliśmy z godzinnym opóźnieniem, bo trochę czasu zeszło zanim nas zapakowali, samolot dotoczył się do punktu deiceingu i potem kolejne oczekiwanie na swoją kolej na pasie startowym. Potem już mi było wszystko jedno, byłam tak zmęczona, że moja percepcja działała na pół gwizdka. Pamiętam tylko jakiś kawałek starej bułki z mięsem, którą zaserwowano nam na kolację – tzw. oryginalna włoska ciabatta (a przynajmniej tak było napisane na opakowaniu). Uczta dla zmysłów. W Warszawie czekał już na nas tata i potem Lublin. Jak to przed świętami bywa, kolejne dni zleciały na przygotowaniach, czyli: zakupy, sprzątanie, zakupy itd… W między czasie dorobiłam się nowych binokli. Nareszcie. Stare pęknięte i klejone będą używane już tylko w trybie awaryjnym.

Alpy, chociaż jeszcze nie te najwyższe

Alpy, chociaż jeszcze nie te najwyższe

W tym roku myślą przewodnią prezentów było rozeznanie się kto, czego potrzebuje, zrzutka i kupienie. W tym celu utkałam sieć tajemnic, podstępów i zależności, co przyniosło bardzo pozytywny skutek. Zamiast kupować jakieś niepotrzebne śmieci, każdy dostał to co chciał, a pewnie prędko by nie kupił. I tak wszyscy są zadowoleni.

Tydzień drugi pobytu w Polsce to głównie załatwianie na prędce ostatnich spraw oraz spotkania ze znajomymi. Niestety nie ze wszystkimi udało mi się spotkać, za co przepraszam i obiecuję, że przy następnej okazji nadrobimy zaległości. Także pogodna nie specjalnie zachęcała do aktywności poza domem i albo zimnica albo roztopy. Może ze dwa dni były takie, że naprawdę chciało mi się połazić. Jak to zawsze bywa – dobre szybko się kończy i 4 stycznia wróciliśmy do Lizbony (przez Frankfurt). I tu drobna dygresja, do której aż dziwnie mi się przyznać – w Niemczech dotknęła mnie taka lekka igiełka tęsknoty za tym krajem… Najwyraźniej chwila słabości spowodowana zmęczeniem podróżą. Dygresja numer 2: krzesło mi się chwieje a drogi momentami gorsze niż w Polsce. Moja cierpliwość zmniejsza się z każdym ruchem kierownicy.

Dorota bawi się nową maszynką do mięsa

Dorota bawi się nową maszynką do mięsa

Ale wróćmy do spraw bieżących. Pobyt w Lizbonie naznaczony jest pracami domowymi. Skoro mam jakoś funkcjonować w mieszkaniu Mańka i reszty musiałam tam posprzątać. Nic tu nie schnie, wilgoć w powietrzu, ledwo jedno pranie wyschnie a już muszę robić następne. Do tego drogo się zrobiło. Tylko chleb tańszy niż w Niemczech. Ale są i miłe akcenty: moja pierwsza burza w Lizbonie (akurat byliśmy na spacerze), tydzień gry w squasha z Ewą (siostra cioteczna) + obiad z całą rodzinką oraz impreza z okazji ślubu wietnamskiego kolegi Mańka. Wraz z ich znajomymi poszliśmy do nielegalnej chińskiej restauracji. Wedle wietnamskiej tradycji musiały być 3 posiłki z nieba i 3 z ziemi. Nasz chiński kolega Che wybrał z rdzennie chińskiego menu co trzeba i po chwili mogliśmy cieszyć nasze kubki smakowe. Jedzenie było pyszne.

Przyjęcie przed-ślubne

Przyjęcie przed-ślubne

I tu kończy się oryginalny zapis papirusowy. Teraz dodam coś na świeżo. W zeszłym tygodniu wróciliśmy do Niemiec, do hotelu. Znowu, ale przynajmniej już się nie męczę w poprzednim mieszkaniu. Cisza i spokój. Przed pierwszym dniu w pracy miałam wrażenie, jakby to był mój pierwszy dzień w ogóle. Przez 3 dni robiłam Wyspy Kanaryjskie. Dzisiaj niechcący mam urlop i dochodzę do siebie. Niby 3 łatwe dni, ale w sumie 30 godzin w warunkach ubogich w tlen wykańcza. Nawet gumka od spódnicy sprawiała mi niesamowity ból. Także dzisiaj odpoczywam, jutro znowu Kanary. Mani wrócił z samego rana do Lizbony, a ja znowu sama i daleko od wszystkich….

4 Komentarze

Skip to comment form

  1. inaczej bym się nie męczyła 😛

    • Dorotka on 26/01/2011 at 21:59

    dobrze ze chociaż płacą za te męczarnie 😀

  2. Ależ poezję mi tu (po)tworzysz 😛
    A po krótkich wakacjach szybciej się dochodzi do siebie, a tak lipa.

    • Dorota on 24/01/2011 at 21:00

    Wakacje takie długie i piękne, że wiele samotnych dni powinny zrekompensować 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.