Wizyta na Płaskowyżu Nazca

Chyba największa atrakcją całego wyjazdu, była wycieczka samochodowa do oddalonego o 300 km od Limy Paracas, w regionie Ica. Już frajdą było to, że pojechaliśmy sławną trasą Panamericana, czyli autostradą która łączy Prudhoe Bay na Alasce, z Ushuaia w Argentynie na Przylądku Horn. Całość liczy prawie 26 tysięcy kilometrów. Fantastyczna trasa, a przynajmniej ten kawałek, który miałam okazję poznać. Oczywiście odbiega standardami od warunków europejskich, ale za to krajobrazy rekompensują wszystko. Z jednej strony Pacyfik, a z drugiej, jeszcze jakby zamglone, majaczą szczyty Andów. A pomiędzy rozpościera się pustynia. To trzeba zobaczyć. A tak swoją drogą, byłby to niezły pomysł na wyprawę… Trzeba to przemyśleć.

Wyjechaliśmy w nocy, a po 7 byliśmy już w Paracas. Zameldowaliśmy się w pokoju, ale okazało się, że generalnie jest to możliwe dopiero od 15, także zostawiliśmy graty w schowku i pojechaliśmy na pierwszą zaplanowaną tego dnia wycieczkę, czyli mały rejsik łodzią motorową na Ballestas Islands. W gruncie rzeczy nie bardzo rozumiem, co niby takiego wspaniałego jest w tych wysepkach, poza tym, że leżą na otwartym oceanie, jakieś 20-30 minut od brzegu i są całe pokryte ptactwem i produktem ubocznym ich występowania, o czym nie daje zapomnieć intensywny zapach. Co było wartego zapamiętania to: lew morski wyskakujący z rybackiej sieci po łatwym i darmowym śniadanku (od jakiegoś czasu jest zakaz zabijania tych zwierzaków) oraz kolejny lew morski śpiący na kawałku skały. Jeszcze tylko sobie ziewnął, podrapał się płetwą/ogonem za uchem i kontynuował totalne olewanie głupich ludzi. Swoją drogą, na największej wyspie jest jakaś stacja badawcza, czy coś takiego i panowie siedzą tam po trzy miesiące kompletnie odcięci od świata. Respekt.

Ostatnim elementem był Świecznik z Paracas, na jednym ze zboczy wybrzeża. Jest kilka teorii na temat jego powstania. Pierwsza mówi o tym, że powstał za czasów kultury Paracas, jakieś 200 lat BC i miał służyć za rodzaj latarni morskiej, zwłaszcza, że ponoć jest widoczny nawet 12 mil od wybrzeża. Druga opcja, to nowożytni żeglarze, a trzecia, chyba najbardziej przekonująca to, że jest to dzieło kosmitów, podobnie jak cała reszta linii z Nazca. Ach i zapomniałabym! Widziałam również najprawdziwsze delfiny!! I to nie gdzieś w zoo, ale w naturalnym środowisku. A na deser para pingwinów (Humboldta?) – jeszcze na wyspach.

Kolejną atrakcją dnia był wyjazd na pustynię, do Reserva Nacional de Paracas. Ciekawostką jest to, że droga, która wiedzie przez park, zbudowana jest z…soli! Wygląda niemal jak asfalt, jedynie nieco bardziej się błyszczy i to dopiero przy dokładnym przyjrzeniu się. Poza tym szału nie było. Obejrzeliśmy sobie tzw. Katedrę, a raczej to co z niej zostało. Łuk skalny zawalił się podczas silnego trzęsienia ziemi, jakie miało tu miejsce w 2007 roku. Poza tym jest Czerwona Plaża, czyli z czerwonym piaskiem oraz pelikany. Chyba najbardziej wyluzowane ptactwo, jakie do tej pory widziałam. Jak sępy czekały przy drzwiach do restauracyjnej kuchni, czekając na resztki. A jak któryś z rybaków zagwizdał, to biegły (po co latać), jak pieski do miski. A propos jedzenia. Absolutnie odradzam jedzenie w tych restauracjach na końcu świata! Dokładnie w Parku Narodowym Paracas, gdzie przewodnik robi godzinną przerwę na obiad! Lepiej zjeść spleśniałą kanapkę sprzed tygodnia i mniej wam zaszkodzi niż to co jest tutaj serwowane. Ponoć nawet autochtoni wracają stąd z zatruciem. Nawet po dwóch tygodniach, jeszcze nie mogę się dobrze najeść, bo żołądek zaczyna mi się od razu buntować. Moja teoria jest taka, że podają tam to, czego pelikany nie chciały zjeść.

Tym sposobem pod koniec dnia byłam już absolutnie wykończona i z gorączką. Zamiast cieszyć się atrakcjami naszego hotelu, poszłam spać. Następnego dnia żołądek już dał o sobie znać, ale po proszkach przeciwbólowych i bardzo małym śniadaniu, pojechaliśmy na najfajniejszą część wycieczki czyli wydmy Huacachina. To co absolutnie chciałam zobaczyć podczas tej wizyty w Peru. Punkt obowiązkowy i okazał się strzałem w dziesiątkę. Wielkie wydmy zwiedziliśmy specjalnie przystosowanym do tego samochodem. Oczywiście całość przepełniona szaleńczą jazdą naszego kierowcy i adrenaliną. Wow, to była świetna zabawa. A na ukoronowanie dnia, zjazdy po wydmach na desce! Absolutnie pozytywna adrenalina. Baterie naładowane:)

Na koniec dnia pojechaliśmy jeszcze do winnicy, posłuchać jak robią Pisco, tradycyjny trunek z Peru. Jako, że gorączka zaczynała mnie dopadać po raz kolejny, nie byłam specjalnie zainteresowana tym co tam się działo. Na dodatek obiad, który zamówiłam okazał się absolutnie paskudny, więc ograniczyłam się do wypicia hektolitrów soku z czarnej kukurydzy – chicha. Pozostał nam jedynie powrót do Limy, który w większości przespałam.

Mimo, że kiepsko się dla mnie skończył, ale uważam ten wyjazd za absolutnie udany. Nie rozchorowałam się na ocenie (czego nie mogę powiedzieć o dziewczynie siedzącej przede mną w łodzi), zobaczyłam wiele fajnych zwierzaków, które u nas to tylko w zoo, jakby nie było połaziłam trochę po Płaskowyżu Nazca i bawiłam się jak dziecko na wydmach. czego chcieć więcej? Ha no i nawet prowadziłam przez chwilę samochód, ale jedynie po bocznej drodze. Następnym razem przyjadę z międzynarodowym prawem jazdy i będę śmigać, nawet po Limie!

PS. A propos pozostałych linii Nazca, to można sobie wykupić lot samolotem nad płaskowyżem, ale ponoć te samoloty dość często lubią się rozbijać, więc zupełnie poza mną zapadła decyzja, że sobie odpuścimy.


1 komentarz

    • Black_Betty on 24/08/2012 at 09:55

    Czekam z niecierpliwością na zdjęcia z surfingu po wydmach 😉 pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.