„Nie ma jak Lwów”

Pierwszy i mam nadzieję nie ostatni z wpisów ukraińskich. Wycieczka odbyła się w połowie zeszłego roku, ale oczywiście nie było kiedy tego opisać. Przecież w moim przypadku pół roku to za mało czasu. Wrócimy jednak do meritum, najważniejsze, że w ogóle wzięłam się za wpis. Wyjazd był z samego rana i od razu skierowaliśmy się na przejście graniczne w Hrebennem. Stad prowadzi najkrótsza droga od granicy do Lwowa. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać u naszych wschodnich sąsiadów, toteż wybraliśmy najbezpieczniejszą z dróg.

Problemy zaczęły się już na granicy. Jakkolwiek udało nam się bez problemu przejść przez kontrolę polskich celników, tak u Ukraińców stare nawyki nie umarły. I tym sposobem utknęliśmy na parkingu w nieklimatyzowanym aucie, na około 2 godziny czekając na nasze paszporty, które w cudowny sposób zaginęły. Straszono nas, że w związku z tym, że znaleźli u nas w aucie nóż, jedzie do nas (a może po nas) policja itp., itd. Problemy skończyły się, kiedy zadaliśmy magiczne pytanie: „ile?”. 50zł i w równie magiczny sposób co zaginęły, nasze paszporty się odnalazły i mogliśmy ruszyć dalej. O dziwo droga okazała się super wyremontowana i chociaż i tak odbiegała znacznie od znanych nam standardów, to muszę przyznać, że robiła wrażenie. Bez namalowanych pasów, ale szeroka i bez dziur i swoje podstawowe funkcje spełnia.

Przed samym Lwowem poczuliśmy z kolei straszny odór. Krajobraz niby piękny, fantastycznie pofalowana Wyżyna Wołyńska, nawet znalazłam pięknie położony domek, w którym z przyjemnością bym zamieszkała…i wtedy ujrzałam też źródło smrodu. Na wzgórzu za domkiem było wielkie wysypisko śmieci. I tym sposobem moje idealne miejsce do życia zostało zrujnowane. Z kolei samo miasto zaskoczyło mnie w bardzo pozytywny sposób. Jeśli u nas mówi się o kryzysie i w zasadzie widać go na każdym kroku, to we Lwowie wydaje się, że takie pojęcie w ogóle nie istnieje. Miasto się rozbudowuje, jest pełno małych prywatnych firm i zakładów, a na starym mieście możesz poczuć się jak na ulicy zachodnioeuropejskiego miasta. Przy tym wszystkim nie traci ono swojego typowego wschodnioeuropejskiego charakteru. Na ulicy stoją budki, w których można kupić lokalne przysmaki i nikt nie przejmuje się normami Sanepidu, widać także brak pieniędzy na renowację zabytków Starego Miasta (opuszczone, rozsypujące się kamienice to nie rzadkość). Przy tym nie brakuje na ulicach mieszkańców i turystów z całego świata podziwiających to fantastyczne miejsce. To wszystko buduje niesamowitą i przyjazną atmosferę, której ciężko szukać w „cywilizowanym” świecie.

Co zobaczyliśmy: oczywiście Uniwersytet Lwowski, Operę, Rynek Główny (tutaj wliczamy wejście na wieżę Ratusza i podziwianie panoramy całego miasta), Aleja Wolności (Prospekt Swobody). Niestety zabrakło nam czasu i siły na cmentarz Orląt Lwowskich. GPS nas zawiódł, a poza tym nie byliśmy pewni, czy nasze autko jeszcze stoi tam, gdzie je zostawiliśmy i w jakim stanie. Ewentualnie trzeba by było łapać jakiegoś busa czy pociąg do Lublina. Ostatecznie obyło się już bez problemów. Jak się okazało auto zostawiliśmy nawet otwarte i nikt się na nie nie połasił. Granicę przekroczyliśmy już także bez problemów. Celnicy trochę się dziwili, że tak mało przewozimy (jedynie zakupy z przygranicznego Lidla (czytaj Litra). Szkoda mi było opuszczać Ukrainę. Jakoś tak zawsze ładuję tu akumulatorki. Mam nadzieję, że niedługo znowu tam pojedziemy, bo przecież jeszcze tyle rzeczy i miejsc do zobaczenia i to nie tylko we Lwowie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.