Maj 12

Łódź – miasto kontrastów

Skoro już mam wenę, to od razu popełnię drugi wpis. A opublikuje się go później, żeby nie było, że nie chce mi się pisać. Rzecz będzie o mieście Łodzi. No właśnie. Chwila konsternacji. Mój nowy pracodawca wysłał mnie tam na szkolenie. W sumie nie ma tego złego, inaczej bym pewnie nie zhaczyła o to miasto.

Wpis długi nie będzie, bo i zwiedzać mi się nie chciało. Mam tylko kilka refleksji, którymi chciałam się podzielić. Oczywiście to, co najbardziej rzuciło mi się w oczy, to remont dróg w centrum miasta. Po prostu nie da się tego nie zauważyć. Zaorane jest dosłownie wszystko, samochody przeciskają się jakimiś wąskimi ścieżkami, które budowniczowie łaskawie dla nich zostawili. I to nie to, że to tylko kilka ulic. Jadąc pociągiem zauważyłam, że ten pas zaoranej ziemi ciągnie się aż do granic miasta! Do tego te drogi, które nadają się do jazdy, są źle oznakowane, światła źle ustawione a kierowcy oczywiście „poddenerwowani” (informacje mam z pierwszej ręki – od panów taxówkarzy).

W Lublinie ten problem szybko dałoby się rozwiązać – bierzesz się w garść i idziesz z buta. Miasto rozsądnych rozmiarów, skoncentrowane, wszędzie da się dojść. O Łodzi już tego powiedzieć się nie da. Jak dla mnie mała Warszawa, z szerokimi alejami w sam raz na pochody pierwszomajowe… Z hotelu do pracy miałam dosłownie kilometr, a miałam wrażenie, że przemierzam bezkresną Syberię (tylko krajobrazy brzydsze). Nie powiem, strasznie zniechęcające odczucie. Poza tym estetyka miasta. Widać, że władze nad tym pracują, ale jeszcze dłuuuga droga przed nimi. Stare, sypiące się kamienice sąsiadują z nowoczesymi biurowcami. Drzewa widziałam tylko w jakimś mało ciekawym praku, obok którego przejeżdżałam.

Z drugiej strony miasto artystów, Łodzkiej Szkoły Filmowej, festiwali i Manufaktury. Fajnie, ale podobne atrakcje mamy w każdym innym mieście. Mam wrażenie, że to taka egzotyczna baza wypadowa dla histerów z Warszawy. Z drugiej strony jest tu pełno młodych ludzi i faktycznie mają gdzie pracować. Pełno jest jakichś małych barów z jedzeniem na wynos – i to mnie zafascynowało. W Lublinie mamy albo kebaby, albo restauracje, na które mało kogo stać. Zero urozmaicenia. Osobiście zakochałam się w miejscu, gdzie przygotowują makarony. Robione przy kliencie, zazwyczaj bierze się je na wynos. Pychota i za 10 zł można się najeść na pół dnia. Brawszy pod uwagę to, że pierwszego dnia zatrułam się „zdrową” i na pewno „świeżą” sałatką, wolę zapchać się makaronem. Przynajmniej przy smażeniu wybije trochę bakterii.

Zapewne wielu nie zgodzi się z moimi przemyśleniami, ale cóż to tylko moje osobiste i subiektywne odczucia. Na pewno jest to fajne miejsce, dla kogoś kto lubi duże miasto, ale Warszawa to już dla niego zbyt wiele, albo jest zbyt droga. Jakbym miała wybierać miedzy tymi dwoma miastami, to zdecydowanie wskazałabym Łódź. Ludzie są sympatyczni, jedzenie dobre, a ceny sporo niższe niż w Stolycy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.