Sie 20

Ostatnie chwile……

Zanim poleci na moją głowę grad skarg, że was olałam, pozwólcie, że się wytłumaczę. Otóż ostatni tydzień byłam niemal odcięta od świata tudzież tak zabiegana, że jak wracałam do domu o różnych porach, to nie miałam siły pisać tylko szłam spać a potem znowu między ludzi. Niewtajemniczonym wszystko wyjaśnię w dalszej części.

lizbona-0065.08.2009 Środa
W zasadzie do południa nic specjalnego się nie działo, za to dopiero wieczorem miał zacząć się punkt programu: jakaś impreza zapoznawcza organizowana przez instytut, w którym pracuje moja rodzinka, moi znajomi i…mój facet:) Czytaj: impreza miała wydźwięk manifestacji pod tytułem: Agnieszka, moja dziewczyna. I nie żartuję, tak faktycznie było. Mnie to absolutnie nie przeszkadza, bo przynajmniej ewentualna konkurencja została sprowadzona do szeregu. Co do imprezy: jedzenie tradycyjne – jakieś suche przekąski (salgados) a do picia soczki i piffko. Do tego dziwnie nie – portugalska muzyka, przypominająca bardziej Holleonek lub szkockie klimaty, ale plusem było to, że wykonane live. Po zakończeniu oficjalnej części, impreza przeniosła się do Bairro Alto, ale długo tam nie zabawiliśmy. Jakoś nie byłam w nastroju do tańczenia, toteż skończyło się na dłuuuuugim spacerze po nocnej Lizbonie. Ale po tym co widziałam tej nocy, to już nic mnie w życiu nie zdziwi. Przepraszam, jeśli teraz kogoś zgorszę. Najpierw namiętnie całująca się parka męsko – męska….a w innym miejscu w centrum miasta na pomniku na środku placu inna parka, tym razem damsko – męska, dawała ujście swoim pierwotnym instynktom nie kryjąc się przy tym z wydawaniem odgłosów….

lizbona-0107.08.2009 Piątek
Tego dnia chciałam zobaczyć lizbońskie zoo. Nawet tam dojechałam, ale ostatecznie nie wlazłam, bo cena zwaliła mnie z nóg…16€…żadnych zniżek… Porażka totalna. Nie polecam, chociaż podobno warto, bo są jakieś widowiska ze zwierzakami. Na pewno ciekawe, ale przynajmniej narazie cena przerasta moje możliwości finansowe. Ostatecznie skończyło się na próbie dotarcia na bulwar w Belem…ale jakoś nie mogliśmy trafić na odpowiedni pociąg, toteż w końcu wysiedliśmy gdzieś, blisko cywilizacji coby sobie usiąść na trochę. Pogoda jednak nie dopisała, bo tak to jeszcze nie zmarzłam w Lizbonie, jak tego dnia. Silny, zimny wiatr.

8.08.2009 Sobota
Słodkie lenistwo na plaży. Cały dzień:) Słoneczko przygrzewało, ale niestety woda dalej zimna.

lizbona-0909.08.2009 Niedziela fotki 9.08.2009
Ten dzień obrodził wrażeniami. Zryw z samego rana i wycieczka do Sintry. Tak, tak wiem, że już tam byłam, ale z powodu kąpieli Mario nie zwiedziliśmy wszystkiego. Tym razem wybrałam się z chłopakiem, a nie z rodzinką. I od razu go przegoniłam pod górę do zamku Maurów i Palacio da Pena. A i pogoda była idealna na taką wyprawę. Tym razem nie padało, ale nie było też upału, więc dało się swobodnie pokonywać te ogromne deniwelacje. Jakie wrażenia? Cóż, zamek wyglądał trochę jak mur chiński. Od środka wąskie przejścia wzdłuż murów, ale za to widoki genialne. Bardzo wysoko i ekstremalnie zarazem. Jeden fałszywy krok i można było zlecieć z kilku metrów.

figi
figi

Drugim punktem był wspomniany wyżej Palacio da Pena. Ponoć taki fantastyczny, bajkowy, że wszystkie filmy dla dzieci tu kręcą…Cóż jak dla mnie przereklamowany. Rzeka ludzi, tynk odpada, albo jest pokryty jakimś grzybem. Cóż, za te 11€ spodziewałam się czegoś więcej. W środku spodobały mi się ze dwa sufity i tyle. We wnętrzach zdjęć nie można robić, idziesz tylko w długiej kolejce i rzucasz okiem, bo wolniej się nie da, musisz podążać za tłumem. Za to fajne są ogrody otaczające pałac. Ogromna powierzchnia, toteż się zgubiliśmy. Ale to oczywiście moja zasługa, bo po kiego biegać po głównych trasach, jak na tych bocznych, mniej uczęszczanych można zobaczyć ciekawsze rzeczy…niezadeptane. Cóż, po tym przydomowym ogródku można chodzić cały dzień i nie mieć dość.
Jak już wróciłam do Lizbony, to tylko zdążyłam spakować kilka szmat do plecaka i ruszyłam z rodzinką do Barbas – miejscowości, w której mieszkają rodzice Pedro. Coś między małym miasteczkiem a wsią. Oczywiście tradycyjna zabudowa z wąskimi uliczkami. A na okolicznych polach rośnie sobie winorośl. Cóż, byłam jednak zbyt zmęczona, żeby kontemplować te krajobrazy, więc dość wcześnie poszłam spać.

Cabo Carvoeiro
Cabo Carvoeiro

10.08.2009 Poniedziałek
Fantastyczny dzień spędzony na plaży w Peniche. To już nad najprawdziwszym oceanem. I dodatkowa atrakcja: drugi w Europie kontynentalnej najdalej na zachód wysunięty punkt: Cabo Carvoeiro. A tak generalnie, to ten region żyje z turystów i rybołówstwa. Podobno trudno kupić to mięso. A jak już jesteśmy przy jedzeniu, to muszę wspomnieć o tym co jadłam w Barbas. Jako, że była rocznica ślubu Ewy i Pedro, było też sporo jedzonka (patrz zdjęcia). Zjadłam wszystko poza navalhas. Podobno smakuje jak wątróbka…a i nie wyglądało zbyt apetycznie. Zdecydowanie najlepsze było sapaterias. Sałatka z kraba, smakowała jak z tuńczyka, ale trochę lepsza. Pycha. Co do ciast…jak dla mnie zdecydowanie za słodkie….jak większość portugalskich słodyczy.

navalhas
navalhas
sapatairas
sapatairas
sposób na kraba
sposób na kraba
ciacha
ciacha

11.08.2009 Wtorek fotki 11.08.2009
Tutaj to się nazwiedzałam. Oczywiście musiałam trochę zmienić plany Pedro, ponieważ zdecydowanie wolałam zobaczyć coś ciekawszego niż Fatima. Jak dla mnie nie jest to punkt obowiązkowy. Wielkie targowisko w imię wartości chrześcijańskich… Dlatego też pojechaliśmy do miejscowości Alcobaça, gdzie znajduje się bardzo piękne i bardzo duże opactwo Cystersów. Chyba największe w Portugalii. Ciekawostka: pochowano tam parę chyba najsławniejszych kochanków w kraju: króla Pedro I i Inês de Castro. Dla zainteresowanych historia ich tragicznej miłości tutaj.
Drugim punktem dnia była Batalha. Kolejny klasztor. Gotycki. Zdecydowanie mniejszy, ale perełka. Warto zobaczyć. Następnie udaliśmy się do miejscowości Leira, gdzie połaziliśmy po ruinach tutejszego zamku. Kolejne miejsce podnoszące poziom adrenaliny. Nie polecam wycieczki z małym dzieckiem…o tragedię nie trudno. Ruiny niemal w stanie surowym, bez barierek czy innych zabezpieczeń. Podobnie zamek Maurów w Sintrze.
Po tym udaliśmy się do Tomar, żeby zobaczyć kolejny klasztor. Budowany przez Templariuszy. Spory, ale i tak największe wrażenie zrobiło na mnie ogromne dormitorium (tutaj spali, jakby ktoś nie orientował). Rewelacja. Tzn. rewelacyjna ta najstarsza część, bo potem robili jeszcze ze dwie przybudówki…raczej pospolite. Ok, ale i tak najbardziej ekstremalny był ostatni punkt wycieczki. Grutas de Mira de Aire, czyli podróż do wnętrza Ziemi. Zeszliśmy ze 160 m pod ziemię, jakąś jaskinią. Oczywiście wszystko przygotowane pod turystów, nawet panienka w szpilkach od biedy by się nie zabiła. Fotki z tego wyjścia u Ewy, więc jak się zgadamy to wrzucę na stronkę. W jaskini standard: stalaktyty, stalagmity i raczej bez innych form, co mnie trochę rozczarowało. Liczyłam na większe doznania geograficzne, ale i tak niecodzienne wydarzenie:) Tutaj zakończyliśmy wycieczkę. Cały dzień w okropnym słońcu dał się we znaki.

Alcobaça
Alcobaça
ornamenty w Batalha
ornamenty w Batalha
Leira
Leira
najsławniejszwe okono w Portugalii - Tomar
najsławniejszwe okono w Portugalii – Tomar

12.08.2009 Środa
Nie obyło się bez doznań ekstremalnych: wracając do Lizbony utknęliśmy w gigantycznym korku na autostradzie, na środku jakiejś półpustyni. W ciągu 1,5 h przejechaliśmy 6km. Temperatura w samochodzie osiągnęła maksymalnie 47 stopni… Bez komentarza. Teraz trzeba sobie zafundować wycieczkę gdzieś do Ojmiakonu, żeby pobić rekord najniższej temperatury.

13.08.2009 Czwartek
Ostatni dzień w Portugalii spędziłam z moim chłopakiem…głównie na plaży. I oczywiście zgodnie z prawem Murphy’ego woda była fantastycznie ciepła. Po raz pierwszy nie uciekłam z niej po kilku minutach tylko siedziałam i siedziałam i siedziałam… A wieczorem zostałam zabrana przez faceta i znajomego Chilijczyka do meksykańskiej restauracji. Bardzo miła niespodzianka:) Wybrałam jakieś danie z moją ukochaną tortillą:) Oczywiście jak zwykle wróciłam „wcześniej” do domu. Czekało mnie pakowanie. Koniec końców, gdzieś około 2 zasnęłam….

14.08.2009 Piątek
….a przed 4 pobudka. O 5 trzeba być na lotnisku, a 6:05 odlot do Monachium i dalej do Gdańska. Generalnie byłam tak wykończona, niewyspana i w ogóle, że nawet nie wiem kiedy mi ten lot zleciał:P Szczególnie ta część do Monachium. Niby 3 h, a nawet nie zdążyłam zasnąć i już byłam na miejscu.

Podsumowanie
Cóż, miałam się pouczyć języka…owszem pouczyłam się, ale nie portugalskiego, który uległ progresywnej regresji. Z 90% ludzi, których poznałam byli hiszpańskojęzyczni + jeden Chińczyk. Za to poprawiłam swój angielski. Używałam go tak intensywnie, że nawet teraz łapię się na tym, że myślę w tym języku. Przynajmniej już nie zlewają mi się poszczególne wyrazy jak słucham portugalskiego, więc nie tak do końca straciłam czas.
Poza tym jechałam z przekonaniem i nawet niejako postanowieniem, że zero facetów. Mam się bawić. I wyszło jak zawsze. Poznałam mojego Peruwiańczyka… A najlepsze jest to, że po raz kolejny życie postawiło na mojej drodze bardzo wartościowego człowieka:) Także zobaczymy co będzie dalej z ta znajomością, ale prognozy są obiecujące:)
Ten miesiąc pozwolił mi poznać trochę inne niż polskie spojrzenie na życie. Większy luz i mniejszy stres. Podoba mi się to. Zamierzam tam wrócić i to już niedługo. Jak dobrze pójdzie to w październiku. Nawet jeśli nic mi tam nie wyjdzie, to przynajmniej spróbuję czegoś nowego:) Raz się żyje!

Sory za rozjechane zdjęcia. Już nie mam zdrowia, żeby się z nimi bawić. Dziękuję wszystkim, którym chciało się czytać te moje wypociny przez ostatni miesiąc. Mam nadzieję, że jeszcze czasem tu zajrzysz:)

20 Komentarzy

Skip to comment form

    • Agniecha on 31/08/2009 at 11:45

    i tak się cieszę, że w ogóle ktoś tu czasem zagląda:)
    Macierzyństwo to poważna sprawa, a dopiero się zacznie, także przygotuj się już psychicznie, że przez najbliższe kilka lat się nie wyśpisz…

    • Maria on 29/08/2009 at 18:10

    Aga ja mam totalnego lenia na pisanie w necie. Poza netem też nic nie płodzę. Jedyne sensowne co ostatnio spłodziłam doprowadza mnie do szału swoimi kopniakami i zmusza do czytania masy rzeczy. I tak proporcje: nauka do egzaminu- zdobywanie wiedzy nt ciąży, porodu i tego calego tałatajstwa zwanego niemowlęctwem to 10 -90. Marnie widzę moją końcówkę sesji we wrześniu. Dyskusje wzbudza się kontrowersją z reguły a te powstają ze sprzecznych stanowisk. Większość odwiedzających nie ma pewnie dużej wiedzy o Portugalii – tę czerpie teraz od Ciebie, nie może więc mieć sprzecznego stanowiska.
    A tak ad hoc – wielką cierpliwość musiała mieć Czarnomska do naszego zajmowania się wszystkim tylko nie polskim.

    • Agniecha on 28/08/2009 at 12:08

    wystarczy, że z milion razy byłam w Częstochowie. Jak dla mnie jeden grzyb. Tak samo mało pozytywnie emocjonujące przeżycie. Już prędzej pojechałabym do Mekki.

    • Agata on 27/08/2009 at 19:09

    Miałaś okazję być w Fatimie i nie skorzystałaś…
    To takie moje trzy grosze na koniec:):)

    • Agniecha on 24/08/2009 at 21:37

    no wiem….ale byłoby miło, gdyby dyskusja się jakoś rozwijała…

    • Ender on 24/08/2009 at 20:45

    Nie zmusisz ich, to naturalne prawa i zależności internetu ;]

    • Agniecha on 24/08/2009 at 20:30

    no tak, zauważyłam tą zależność rozmawiając z ludźmi. szkoda właśnie, że tak niewielu chce się coś dodać od siebie, a byłoby miło:)

    • Ender on 24/08/2009 at 20:00

    Co do statystyk odwiedzalności, to podstawowe powinny być w panelu admina, a w razie potrzeby dysponuję także logami serwera ;]

    Z tego co widzę, to sprawdza się ogólna zasada, że komentuje niewielka liczba osób, a zdecydowana większość tylko czyta.

    • Agniecha on 21/08/2009 at 23:01

    ehhh fajnie było w liceum… ile myśmy się wtedy narozrabiali…. a rozwiązywanie zadań z fizyki na polskim siedząc na przeciwko nauczycielki… poszłabym jeszcze kiedyś na takie nasze koło fizyczne…

    • Maria on 21/08/2009 at 15:22

    A Andrzej nie udostępnia Ci statystyk wejścia na bloga?
    Pamiętam jak rozwiązywałaś zadania z fizyki na polskim, to było piękne 🙂 Mi z zamiłowań innych niż polonistyczne zostały biologiczne. Możesz sobie wyobrazić moje szczęście jak miałam anatomię w poprzednim semestrze. Nareszcie coś konkretnego po latach interpretacji literatury i języka. A największy udział fizyki miałam na razie na fonetyce.

  1. w porównaniu z polskim to i tak pikuś:)
    widzę, że mam większe grono czytelników niż się spodziewałam. Bardzo mnie to cieszy, bo teraz wiem, że nie tworzyłam sztuki dla sztuki:)
    tak LO to były czasy….szczególnie ostatnie dwa lata…ech brakuje mi tej fizyki ;(

    • Maria on 21/08/2009 at 09:12

    Czytałam każdą relację od początku i gratuluję fajnych wakacji :)A Andrzeja z hiszpańskim popieram 😀 tyle, że español jest łatwy na początku a im dalej tym większe schody.
    No i ostatnio porządki robię w mieszkaniu i znalazłam takie różowe buciki oraz z masy solnej: carum est quod rarum est. I myśl moja znów poszybowała do VLO 😀

    • Agniecha on 20/08/2009 at 18:12

    and that’s the point:D:D

    • Ender on 20/08/2009 at 18:08

    No tak, priorytety ma chłopak dobre ;]

    • Agniecha on 20/08/2009 at 18:03

    narazie ćwiczy bardziej przydatne – kocham Cię i takie tam:P:P I to zasadnicza różnica między Latynosem a Polakiem :]

    • Ender on 20/08/2009 at 17:57

    Jak ograniczy się do kilku podstawowych zwrotów, to powinno być dobrze: proszę, dziękuję, k***a mać i takie tam xD

    • Agniecha on 20/08/2009 at 17:54

    coś próbuje…nawet mu idzie, jak nie ma ś,ź,sz,cz 😛 hehe biedny chyba nie wie na co się porywa…

    • Ender on 20/08/2009 at 17:50

    Hiszpański jest jednym z najłatwiejszych do nauczenia, polski natomiast… współczuję mu bardzo, jeśli jednak się tego podejmie ;P

    • Agniecha on 20/08/2009 at 17:47

    dzięki :]
    wiedziałam, że musisz się wymądrzyć z tym swoim hiszpańskim. Koniec końców i tak chyba będę musiała się go nauczyć…życie mnie do tego zmusza. Co nie zmienia faktu, że i tak jestem w lepszej sytuacji niż Manases, który chce się nauczyć polskiego :]

    • Ender on 20/08/2009 at 17:43

    Co do parki damsko-męskiej w centrum Lizbony: mam nadzieję, że nagrałaś filmik albo zrobiłaś chociaż jakieś zdjęcia?

    Haha, co do używania języka hiszpańskiego zamiast portugalskiego – jak dobrze, że ja wybrałem do nauki ten ciekawszy i bardziej przydatny ;PP

    Powodzenia ze wszystkim 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.