Intensywne dwa tygodnie

Mam wrażenie, że od wieków nic tu nie napisałam…

Ostatnie dwa tygodnie były wybitnie szalone jeśli chodzi o moje życie zawodowe głównie. Zaraz po powrocie do Polski, w środę, zaczęłam nową pracę w jakiejś restauracji na zmywaku. Nie powiem, nawet mi się podobało. Fajni ludzie, własny kącik…mimo, że zlew ale jednak. Potem się okazało, że jednak nie mogę sobie wybrać, czy wolę to czy pracować jako kelnerka, że są jeszcze jakieś dwa kebaby, w których też mam pracować (warunki spartańskie) a i jeszcze odrywano mnie od mojego stanowiska pracy, żeby dźwigać jakieś skrzynki z mięsem. No to już było przegięcie. Do tego akurat dźwigając te skrzynki, miałam okazję pogadać z jedną z dziewczyn, która okazało się pracowała tam od kilku miesięcy i nadal traktowana była jak popychadło. I tu dochodzimy do najbardziej wnerwiającej mnie kwestii: stosunek pracowników starszych stażem do „nowych” (nie koniecznie młodszych wiekiem). Generalnie dominowała zasada: przynieś, podaj, pozamiataj. Jako, że nie jestem osobą, która pozwala, żeby tak ją traktować, a zwłaszcza, że byłam starsza wiekiem, trzeciego dnia pałka się przegła i rzuciłam tą robotę. Całe szczęście nie zdążyłam jeszcze wyrobić książeczki sanepidu, więc ponad stówka została w kieszeni.

W między czasie znalazłam sobie robotę w xero. O niebo lepsza fucha, kasa ta sama, ale przynajmniej godziny pracy normalne (czytaj: 8h w dzień a nie nie 10 w nocy czy temu podobne ekscesy). A i atmosfera lepsza, chociaż po dwóch tygodniach widzę, że jeden z gości ma tu do mnie jakieś wąty, ale generalnie nic sobie z tego nie robię, tylko wykonuję moją pracę i staram się to robić najlepiej jak potrafię, a ten niech się cmoknie. Narazie nie rzucam tej roboty. Jest ok, chociaż czasami wracam ledwo żywa. Ale to zazwyczaj, jak się za późno położę spać.

Dodatkowo do napisania mam referat na konkurs kół naukowych (spuścizna jeszcze po studiach) i trzeba się ogarnąć jakoś. Jak narazie mam już prawie z głowy literaturę. Teraz trzeba usiąść i to napisać, a do tego potrzeba czasu i wolnego weekendu. Cóż może za tydzień, bo…

A teraz najnowszy njus: czeka mnie kolejny weekend w Danii. Tak się jakoś przypadkiem zdarzyło. Maniek miał przyjechać tutaj, ale zanim kupił bilet, cena tak podskoczyła, że bardziej mu się opłacało opłacić moją wycieczkę niż jego nawet w jedną stronę.

Także jak widać moje życie toczy się w niebywałym chaosie, z trzecią prędkością kosmiczną i do tego z ostrymi zakrętami. A do tego przyszły tydzień zapowiada się pod znakiem spotkań ze znajomymi, więc będę niewyspana, ale przynajmniej odreaguję. I jeszcze szykują się też poważne zmiany na stonce, ale to jak już znajdę trochę czasu i świętego spokoju, także nic nie mówię, buduję napięcie i akcja się rozkręca…

2 Komentarze

    • Agniecha on 19/10/2009 at 06:50

    Kasa była od ręki:)

    A wiem, że miał przyjechać, ale zanim kupił bilet to ceny tak podskoczyły, że bardziej mu się opłacało kupić dla mnie i wyszło taniej niż jego bilet w jedną stronę. Mam jednak nadzieję, że niedługo tu przyjedzie, ale narazie to nie wiemy gdzie i kiedy się znowu zobaczymy.

    • Ender on 18/10/2009 at 13:49

    Za te trzy dni w kebabie dostawałaś kasę codziennie, że tak sobie z miejsca odpuściłaś? Kasa już przepadła, czy może będziesz ją odzyskiwać?

    A Maniek miał do nas przyjechać, obiecywałaś ;(

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.