Nowe doświadczenia

Dosyć ciekawy tydzień za mną. We wtorek zapadła decyzja, że Manases przyjeżdża do nas na święta. Bilet już kupiony, Residence Card w kieszeni, wizy nie trzeba, więc pozostało jedynie odliczanie dni do przybycia gościa.

Drugą decyzję podjęłam sama i niejako ma ona związek z przyjazdem Manasesa. Do Lizbony przeprowadzę się najpewniej dopiero wczesną wiosną, zaraz przed wyjazdem do Peru. Po chłodnej kalkulacji stwierdziłam, że nie opłaca mi się wyprowadzka do Lizbony w styczniu, czy lutym, bo nawet jeśli od razu znajdę tam pracę, to po miesiącu pracy nie dostanę miesiąca urlopu. Tym sposobem, będę miała więcej czasu na zbieranie pieniędzy na obie podróże. Manases również poparł ten pomysł. Pomijam tu kwestie osobiste typu tęsknienie itp., bo to jest jasne jak słońce i oczywiste i nie ma co się nad tym rozwodzić.

Pomelo
Pomelo

W piątek po pracy wybrałam się na zakupy pt. uzupełnienie lodówki. Miałam ochotę zjeść melona w wersji portugalskiej, czyli z czerwonym winem w owocu. Poszłam do Stokrotki a tam nic. Wersją drugą był ananas, ale jego też nie było. Trochę się rozejrzałam i odkryłam jakiś nowy owoc. Czytam nazwę: pomelo… No dobra, wygląda podobnie do melona, może to coś z tej samej rodziny. Wzięłam. W domu zajrzałam do nieśmiertelnej Wikipedii i oto co przeczytałam (akcja się działa zanim otworzyłam owoc): pomarańcza olbrzymia, forma przejściowa między pomarańczą a grejpfrutem… No ok, na wszelki wypadek wstrzymałam się z jedzeniem tego póki na oku miałam sobotnią imprezę. Powiem tak: jak najbardziej polecam. Pyszny pomelo, w smaku ani nie za kwaśny ani nie za słodki, twardy i sycący.

Pomelo bez skórki
Pomelo bez skórki

A co do sobotniej imprezy. Umówiłam się ze znajomymi z pracy, generalnie towarzystwo młodsze ode mnie średnio o jakieś 3 lata, ale ujdzie. Poszliśmy do Place (dawny Sema4), jednego gościa nie wpuścili, więc poszedł zmienić buty. Mnie nie zapytali o żaden dokument. Nie powiem, zdołowałam się. Taka stara już jestem. Ale w ogóle to się dziwię, że w ogóle mnie wpuścili, bo nie powiem, żebym się jakoś specjalnie wystroiła na tą cała imprezę. W środku stylistycznie niewielkie zmiany, tancerka go-go, barman ziejący ogniem z flaszek, mała bójka, Hindusi, ceny kosmiczne i generalnie totalne lansiarstwo. Ale przynajmniej sobie potańczyłam przy rytmach R’n’B i Latino. Wracając postanowiłam sprawdzić usługi nowej firmy taksówkarskiej: Ale Taxi. Cena rzeczywiście niska, przejazd w taryfie nocnej wyniósł mnie 12,90 zł. Ulga dla kieszeni zwłaszcza po moich ostatnich doświadczeniach z Siódemkami chyba, kiedy to zaśpiewali mi prawie 30 zł za trasę spod zamku do domu. No comment.

Z nowości, to zaczęłam się uczyć języka hiszpańskiego. Tak się broniłam rękami i nogami, zwłaszcza w zeszłym roku, kiedy zapisałam się na portugalski, ale widzę życie miało swoje własne plany względem mnie. Przynajmniej nie muszę płacić za kurs, bo: a) praca w xero=dostęp do podręczników, b) chłopak Peruwiańczyk zawsze wyjaśni wszelkie wątpliwości. W tej chwili ciągnę naukę już trzech języków i tylko czekam na moment, aż wszystko zacznie mi się mieszać. Już się łapię na tym, że jak nie pamiętam polskich słów to odruchowo chcę mówić ich angielskie odpowiedniki. A to dopiero początek. W każdym razie czeka mnie miesiąc w Peru, przeprowadzka do Portugalii i trzeba się jakoś dogadać z Manasesem, więc geralnie nie mam wyjścia i wszystkich trzech trzeba się uczyć.

2 Komentarze

    • Agniecha on 09/11/2009 at 23:32

    chciałam się tylko pochwalić moim odkryciem kulinarnym, ale zawsze jestem w tyle jak widzę… 🙁

    co do hiszpańskiego, to w chwili obecnej jestem tego samego zdania…i mnie dopadł ten dialekt portugalskiego :PP

    • Ender on 09/11/2009 at 10:18

    Pomelo je dobre, ja je już rok temu wcinałem ;]
    Teoretycznie grejpfrut jest krzyżówką pomarańczy z pomelo, z tego co pamiętam.

    Hiszpański też muy bien, na pewno się przyda bardziej niż portugalski ;P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.