Rewolucja 2010

Oj dawno nic nie popełniłam na stonce. Wiem, moja wina. Przez ten czas działo się i nie działo. Z jednej strony standard, czyli świąteczne obżarstwo w rodzinnym gronie, z drugiej strony przyjazd Mańka, fantastyczna zima i brak pomysłów gdzie pojechać, co zobaczyć. Latem sytuacja wydaje się łatwiejsza, ale w zimie nie ma mowy o jakichś dłuższych wypadach za miasto. Jak narazie byliśmy w Wawie (powrót do Lbn po telefonie spanikowanej mamy z informacją, że drogi zasypane i się nie dostaniemy do domu, zakończył się w pociągu w pierwszej klasie, bo w drugiej warunki gorsze jak dla bydła) oraz na naszej działeczce, która ze względu na niezmierzone ilości śniegu, przypadła do gustu mojemu gościowi (pierwszy kontakt Mańka ze śniegiem). Wypróbowaliśmy też lodowisko, ale jakoś się nie spodobało. Inna sprawa, że faktycznie ludzi od groma i trzeba uważać, żeby jakiemuś dziecku nie przeorać łapek. Reasumując został nam jeszcze niecały tydzień, a potem, że się tak wyrażę wszystko wróci do normy…

No, może nie całkiem. W niedzielę rano jadę do Wrocławia na mój sześciotygodniowy Training Course, a potem, jeśli zdam końcowy egzamin, roczna przeprowadzka do Dusselfdorf (Niemcy, jakby ktoś nie wiedział). Co za tym idzie, najprawdopodobniej zawitam do domu najwcześniej na początku marca, dlatego też muszę zacząć czynić strategiczne przygotowania do pakowania. Generalnie to chyba już zaczynam powoli odczuwać stres związany z tym wszystkim co się wokół mnie dzieje. Ostatni tydzień w domu i zacznie się prawdziwe życie i na dodatek za granicą, sama… Co więcej, zaczynam też wątpić w moje zdolności językowe. Z drugiej strony, włożyłam w ten interes za dużo kasy, żeby teraz sobie nie poradzić. Co jak co, ale 300€ i 100 funtów piechotą nie chodzi (jedno to opłata rekrutacyjna, której mi nie zwrócą, a drugie to opłata za wydanie jakiejś legitymacji, żebym się po lotniskach mogła poruszać, za którą to kasę mi zwrócą, jak zdam egzamin).

W czasie pisania tegoż oto wpisu oświeciło mnie, że przecież zmieniliśmy datę w kalendarzu, więc wypadałoby zrobić małe podsumowanie roku poprzedniego. Cóż, okazał się nad wyraz udany. Po początkowych traumatycznych przejściach związanych z pisaniem pracy magisterskiej, wszystko wywróciło mi się do góry nogami. Pojechałam do Portugalii, poznałam tam Mańka i zaczęły się rewolucyjne zmiany w planowaniu mojej przyszłości. W między czasie dwa razy udałam się do Danii i przez przypadek dostałam robotę w Ryanair. Teraz tylko pytanie, czy podołam nowym wyzwaniom i przeprowadzce w nieznane (jeśli zdam egzamin, co cały czas podkreślam).

A czy robię jakieś konkretne plany na ten rok? Przede wszystkim muszę się wziąć do nauki i zdać egzamin, a jak to już zrobię to reszta planów niejako majaczy we mgle. Mam nadzieję, że jednak mimo wszystko uda mi się pojechać w tym roku do Peru. Byłoby fajnie. Poza tym raczej nic nie planuję. Najbliższe tygodnie rozstrzygną wszystko.

1 komentarz

    • Ender on 04/01/2010 at 18:33

    Ładne przygody w minionym roku, a na aktualny zapowiada się jeszcze lepiej ;]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.