Za mną całkiem przyjemny tydzień kursu, na który tak naprawdę czekałam od początku, czyli wyjazd na Wyspy. Zaczęło się od tradycyjnego spotkania grupy kilka godzin wcześniej, żeby przypadkiem się nie spóźnić, bo przecież lotnisko we Wrocławiu jest tak ogromne, że aby przejść z jednego końca na drugi, 10 minut może okazać się za dużo. Tak więc postaliśmy sobie podziwiając parę pijanych kolesi po kryjomu pijących piwko i ostentacyjną kaplicę z wejściem w centralnym miejscu lotniska. Na płycie lotniska okazało się, że wesoła parka leci z nami, całe szczęście w czasie lotu obyło się bez atrakcji ich strony. Co prawda jeden z nich o mały włos zapłaciłby 10 tys. € za palenie na płycie lotniska.

Rush
W ten sposób dolecieliśmy do Stansted (Londyn). Niby takie wielkie to lotnisko miało być, ale ja bym je umieściła w kategorii średnich. Wielki oszklony kloc, gdzie prędzej dogadasz się po Polsku niż w jakimkolwiek innym języku. Tutaj też znajduje się cała baza szkoleniowa Ryanair, więc jeszcze tego samego dnia, niemal prosto z lotniska pojechaliśmy taxówkami (bo na autobus oczywiście się spóźniliśmy – o stronie organizacyjnej jeszcze wspomnę) do wielkiego hangaru, gdzie znajdowała się kabina szkoleniowa a za ścianą technicy dopieszczali nówki nieśmigane Boeingi. Ubraliśmy jakieś śmieszne kombinezony robocze i ćwiczyliśmy drille (sequence of actions which should be followed). Wieczorkiem wróciliśmy do hotelu – Radisson. No cacko powiem. Cena za nocleg to pewnie nie spada poniżej 120€. Ogrzewanie podłogowe w łazience, codziennie sprzątane w pokoju (jak się okazało przez sympatycznego rodaka), dwa rodzaje Internetu, czajnik + zestaw herbat, TV i wiele innych atrakcji, robiących wrażenie. W porównaniu z tym co przeżyłam na studiach, to luksus. A jak się okazało wliczone śniadanie, czyli idziesz do stołówki i jesz ile wlezie i na co masz ochotę, bo taki wybór.
Drugi dzień miał być luźniejszy. Z rana tradycyjny zryw i idziemy na aircraft visit, co by zobaczyć jak to wszystko wygląda od kuchni. Koniec końców pół dnia marźliśmy w nieogrzewanym samolocie (dobrze, że chociaż włączyli nam światła). Nie powiem, żeby ten dzień w jakiś znaczący sposób wpłynął na stan mojej wiedzy. Cabin Crew, którzy mięli się nami zająć, zajęli się plotkowaniem, użalaniem się nad swoją ciężką pracą i generalnie totalnym olewaniem nas i robieniem łaski, że żyją. Jakby sami wyssali całą wiedzę z mlekiem matki. Żałosne. Po zajęciach planowaliśmy wyjechać poza lotnisko i zobaczyć kawałek świata, ale pogoda tak się popsuła, że ostatecznie postanowiliśmy zostać w hotelu i korzystać z jego uroków. Osobiście starałam się wyzdrowieć, ale spora część grupy spędziła wieczór na basenie, w saunie i na siłowni. Wszystko wliczone w nocleg!!
Nadszedł wtorek i nadszedł czas na lot do Dublina. Rano jeszcze tylko pobudka po 3, bo o 4 zaczynały się zajęcia w ośrodku szkoleniowym. Całość okazała się kolejną farsą, kadra była zmęczona po imprezie, więc jak najszybciej chcieli wypchnąć nas do domu. Generalnie kolejna porażka organizacyjna. Wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy i polecieliśmy do Irlandii. Obyło się jakoś bezboleśnie. Na miejscu urzekło nad typowo oceaniczne powietrze, a w miarę jak jechaliśmy do Rush, krajobrazy sprawiły, że zakochałam się w tym kraju. Urocze domki, soczysta zieleń, przepiękna gra barw w czasie zachodu słońca (jak się okazało następnego dnia, wschody są jeszcze piękniejsze). W Rush wszystko wyglądało, jak kartonowe miasteczko dla lalek. Domki malutkie, ulice wprost proporcjonalne. Przydzielono nas do host families i pojechaliśmy. Miałam swój własny pokoik, z TV którego nie mogłam przełączyć z trybu dvd, i wielkie małżeńskie wyrko. Jak się okazało inni mięli mniej szczęścia – zimno i daleko od punktu spotkań. A nam Pani nawet przygotowała wielki lunch. Rewelacja.
W środę czekał nas najgorszy dzień: 5.50 spotkanie pod biurem Dalmac (firma, która nas rekrutowała, wydawało się, że będzie to jakaś ogromna korporacja, a ich biuro zajmowało jeden z tych malutkich domków). Pojechaliśmy do Dublina na basen, popływaliśmy trochę w ubraniach, zaliczyliśmy co było do zaliczenia i powrót do Rush. To by było na tyle z mojej wycieczki do Dublina… A w Rush czekało nad pół dnia wypełniania papierów i badania medyczne z siusianiem do kubeczka włącznie (sprawdzali obecność narkotyków). W miedzy czasie udało mi się wyrwać z koleżanką i połazić po sklepach w poszukiwaniu pocztówek przede wszystkim. No niestety, Walę-w-tynki zdominowały nawet so called apteki. Generalnie to groteska. Kupno odpowiedniego wapna urasta tu do problemu rangi czy wszechświat się rozszerza, czy kurczy. Przynajmniej pogadałyśmy sobie w właścicielem polskiego sklepu. Nie ma tego złego. A żeby uszczęśliwić nas jeszcze bardziej Dalmac dał nam crew bags, tak więc zmęczeni, głodni i obładowani jak konie pociągowe podążyliśmy do domów. Ja prosto z domu poszłam do koleżanek. Nakarmiły mnie i poszłyśmy zobaczyć morze. Wiało trochę, było ciemno i zimno, ale usłyszeć fale rozbijające się o brzeg – bezcenne. Na koniec w poszukiwaniu piwa poszłyśmy do sklepu. Aby pomóc koleżance, zadałam ekspedientce jakże kulturalne i wyrafinowane pytanie: Where is a beer? Po tym chciałam już tylko zapaść się pod ziemię. I tym miłym akcentem, zrobienia z siebie idiotki wróciłam do domu i szybko poszłam spać.
Następnego dnia oczywiście znowu trzeba było wstawać w środku nocy, żeby zdążyć na samolot, który okazał się opóźniony o 15 minut. W środku okazało się, że lot obsługiwała przesympatyczna w połowie polska załoga. W Stansted z żalem rozstaliśmy się z nimi i pobiegliśmy na kolejny samolot tym razem już do Wrocławia. Oczywiście nie obyło się bez problemów w check-in i w ogóle, ale koniec końców jakimś cudem wszyscy zdążyliśmy do gate’u na czas. A w samolocie okazało się, że spotkaliśmy naszych dobrych znajomych z poprzedniego lotu, z którymi ostatecznie dotarliśmy jakoś do Wrocławia.
Mam bardzo mieszane uczucia. Ja nie wiem, czy to tylko na tej trasie, czy generalnie, ale jakoś dziwnie latają Ci piloci. Ostre zakręty, dziwne kąty w czasie startu, wiadomo – pogoda robi swoje, ale poza moim pierwszym lotem, jeszcze nie byłam tak zestresowana. Jakoś nie wróżę sobie długiej kariery w tych liniach lotniczych (pod warunkiem, że zdam poniedziałkowy egzamin). Przez rok mogę się pobawić w cabin crew, spłacę kredyt, odłożę trochę kasy i za rok w końcu przeprowadzam się do Lizbony, chyba że obleję, to przeprowadzę się trochę szybciej. Co więcej – nie polecam lotów do Stansted, lepiej omijać to lotnisko. Nie ma nic ciekawego a i obsługa opryskliwa. Co do organizacji całego wyjazdu – cóż raczej było brak tej organizacji, posklecane wszystko prowizorycznie byle pchnąć. Zresztą, jak cały kurs. No zobaczymy jak to wszystko dalej pójdzie.
Fotki: tutaj
Stay in touch with the conversation, subscribe to the RSS feed for comments on this post.
No to się pochwalę: zaliczyłam. Dzisiaj dostałam mundurek. Poza płaszczem, to reszta ujdzie, ale płaszczyk….nawet worek na kartofle jest lepiej wyprofilowany:/ W czwartek rozdanie skrzydełek. Powinnam mieć fotki, bo siostra się wybiera. A w piątek lecę już do Weeze.
16/02/2010 at 21:01Zgadzam się - super widoki
Trzymam kciuki za egzamin! Napisz jak Ci poszło!!
Pozdrawiam
No no, niezłe atrakcje ;]
Dobrze, że ten hotel wypaśny, to można było przynajmniej w luksusach odpocząć.
I te fotki - niektóre wprost świetne ;D
13/02/2010 at 21:25
hey .. I have no idea what they are talking about. Ive juts been trying to understand but .. anyway .. someday ill get it more .. te amo. bye
05/06/2010 at 15:04