Zaloguj
26
luty

Pierwszy tydzień….

Written by Agniecha. Posted in: Niemcy 2010

Jakimś cudem zaliczyłam końcowy egzamin i teraz jestem tutaj, w Kevelaer w Niemczech. Fantastyczne miejsce, jak szukasz rozrywki, zawsze możesz pójść do kościoła. Do koloru do wyboru. Z tego co wiem, to miasteczko pełni lokalną funkcję naszej Częstochowy, więc po prostu czekam aż zacznie się sezon. Generalnie ceny są bardziej jak wysokie za rzeczy, które normalnie u nas kupujesz w ciuchlandach. Sklepy zamykają w środku dnia. Jest jeden market, który pracuje do 22, a tak poza tym, to reszta się zamyka w momencie, kiedy u nas sklepy dopiero zaczynają mieć obroty. Co do Niemców…wyjątkowo mało urodziwy naród. I dotyczy to obu płci. Kobiety o siebie nie dbają, albo dbają tak, że nie widać, a mężczyźni wprost przeciwnie: solarium, włosy na żel, biżuteria… Sporo też Turków, przynajmniej mają tanie i pyszne jedzenie. I są zawsze uśmiechnięci dla klientów. Zresztą Niemcy też są ok i można się z nimi dogadać po angielsku, co z Turkami jest już niemożliwe - albo niemiecki albo turecki. I ważna notatka: mało gdzie można tu płacić kartą Visa, dzięki czemu poznałam już chyba połowę bankomatów w mieście. Zawsze warto mieć przy sobie gotówkę.

Miejsce mojej pracy jest kilka kilometrów dalej, tuż przy samej granicy z Holandią, stąd też wielu naszych pasażerów do Holendrzy. Powiem szczerze, szczerze nienawidzę tego języka. Już nawet Niemiecki brzmi przy nim jak serenada. Tylko kaleczy moje biedne bębenki.

W tym tygodniu mam fantastyczny plan: wstaję sobie o 3, żeby po 5 być na lotnisku. Zazdrościcie? Wczoraj, jak wróciłam do mojego hotelowego pokoiku byłam tak zmęczona, że od razu poszłam spać, a dzisiaj rano wstałam, zjadłam śniadanie i poszłam spać dalej. Ach, warto też wspomnieć to tej fantastycznej francuskiej nacji, dzięki której jutro jeszcze lecę charytatywnie, bo zachciało im się strajków i pół wczorajszego dnia spędziliśmy czekając, aż kochane żabojady łaskawie znowu zaczną pracować i będzie można wlecieć w ich przestrzeń powietrzną. Przynajmniej powdychałam sobie przez 2 h ciepłe hiszpańskie powietrze w Alicante na lotnisku. Ale wypadł mi jeden lot, który muszę zaliczyć w ramach nazwijmy to praktyk.

W poniedziałek pojechaliśmy też do Dussledorfu. Godzina w pociągu, żeby przebiec się po tej fantastycznej betonowej i rozkopanej pustyni. Generalnie, jak nie planujesz wydać swojej wypłaty, to nie ma po co tam jechać. Chyba, że koniecznie musisz zobaczyć Ren. Warto, bo ma nadzwyczaj czystą wodę, jakiej w Polsce to nie uświadczysz…może na odcinkach źródliskowych…

Cóż, jest to chyba mój najbardziej ironiczny wpis, ale wybaczcie. Jestem tak zmęczona, że ciężko jest mi się zebrać do napisania czegoś z humorem. Postaram się na początku tygodnia coś więcej wrzucić. Mam też trochę zdjęć. Zastanawiam się także nad umieszczaniem na końcu krótkiego podsumowania w języku angielskim, bo już mój piękny płakał, że nawet nic poczytać sobie tutaj nie może. No i w końcu sama też muszę się rozwijać…

2 Responses

Stay in touch with the conversation, subscribe to the RSS feed for comments on this post.

  1. Agniecha

    jak się w końcu wyśpię, to napiszę coś bardziej obiektywnego :P

    27/02/2010 at 20:12
  2. Ender

    Potężna dawka pozytywnych emocji wprost emanuje z tego wpisu ;D

    Aż się nie mogę następnych doczekać ;]

    27/02/2010 at 17:04

Some HTML is OK

or, reply to this post via trackback.

Spam Protection by WP-SpamFree Plugin