Kamień & Nada

Zdecydowanie dzień pełny wrażeń. Miało być pięknie a wyszło jak zawsze:) Ale ma to też swoje pozytywne strony, gdyż poznałam życie w Lizbonie okiem autochtona a nie turysty:)

Widok z mojego okna
Widok z mojego okna

Ranek zapowiadał się kiepsko. Po kilku godzinach snu za oknem przywitały mnie po raz kolejny ciemne ciężkie chmury. Ale zanim przebrnęliśmy przez poranne korki (podobno niewielkie) rozpogodziło się zupełnie. Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od Starego Miasta (tzw. Alfama). Wąskie uliczki i wiszące nad nimi pranie, to znak rozpoznawczy tej części Lizbony. Jeśli komuś się wydaje, że zapewne całe miasto jest wypucowane, odremontowane i kolorowe to jest w błędzie. I tu dochodzimy do pierwszego podobieństwa do Polski: zabytki pięknie sobie niszczeją, niemal umierając śmiercią naturalną. Nawet nie wszystkie kamienice przy głównych ulicach są odremontowane. Zasada jest znana: im dalej od centrum, tym wszystko bardziej zaniedbane. Tutaj dochodzimy do drugiego podobieństwa: totalne rozkopanie – wszędzie remonty – ulice, budynki, co się da:) Czyli generalnie polskie realia każdych wakacji:) Można poczuć się jak w domu. Punktem nr 1 miał być Zamek Maurów. Na wzgórze, na którym się znajduje wjechałyśmy tramwajem o numerze 28. Genialna trasa pośród uliczek Alfamy i szkoła życia.

Alfama
Alfama

Każdy parkuje jak chce, jeździ jak chce, znaki drogowe i światła są tylko, dla ozdoby a chodniki są zajęte przez zaparkowane samochody. Dodatkowo zamiast kierunkowskazów używa się klaksonu, ale TYLKO w wyjątkowych sytuacjach. Z początku to śmieszy, ale na dłuższą metę jest niebezpieczne dla kogoś, kto wychował się w kraju nawet z minimalną kulturą jazdy.
W końcu dotarłyśmy do zamku, ale ciężko było znaleźć wejście, bo oczywiście dookoła jakieś prace archeologiczne i inne wykopki. W między czasie się okazało, że synek Ewy, Mario, postanowił wsadzić sobie kamień do nosa i trzeba było jechać z nim na pogotowie. Czyli zamiast Maurów miałam przejażdżkę lizbońską taksówką (bardzo tanie) i odwiedziny w miejscowym szpitalu dla dzieci hospital D. Estefânia. Całe szczęście wszystko dobrze się skończyło pojechaliśmy na obiad w stołówce studenckiej.

Zamek Maurów
Zamek Maurów

Zamówiłam sobie ryż z kiełbasą i mięsem w jakimś sosie. Cóż, generalnie było dobre (gdyby nie włos i kości w talerzu). Do tego surówka (pyszna i bez niespodzianek, o których bym wiedziała) i sałatka owocowa na deser. Wszystko wliczone w cenie i za niecałe 5€, także super. Można było sobie wziąć jeszcze zupę, ale jakoś mało apatyczna wydawała mi się ta opcja.

Estufa Fria
Estufa Fria

Po obiadku poszłyśmy zwiedzić miejsce niespodziankę – Estufa Fria, czyli zimną cieplarnię…..takie pomieszanie ogrodu botanicznego ze szklarnią. Tak, poszłyśmy to zwiedzić, ale się okazało, że nieczynne do lutego 2010. Cóż, Ewa nie była pocieszona, mnie to raczej już zupełnie rozbawiło, ale udało mi się zrobić kilka zdjęć tego, co jest jakby poza szczelną bramą ogrodu. Szkoda że nie zobaczę tego miejsca, bo zapowiadało się piękne. Podobno super miejsce na romantyczne spacery…cóż chwilowo nie dla mnie.
Jako, że miałyśmy sporo wolnego czasu, poszłyśmy na spacer w stronę starego miasta, a faktycznie, to zwiedziłyśmy jakąś burżujską część miasta ze sklepami dla obrzydliwie bogatych turystów, czyli generalnie bez rewelacji, chociaż są tutaj i oszklone i zadbane biurowce. Skupiłyśmy się raczej na szukaniu toalety:) Ostatnim punktem tego dnia było metro. Nauczyłam się obsługiwać automaty do biletów i zapoznałam się z rozkładem

standardowy biurowiec
standardowy biurowiec

linii, który de facto jest banalny w porównaniu z tym, co musiałam przejść w Londynie. Chyba 4 linie i zgubienie się graniczy z cudem….chociaż musiałam Ewie podpowiedzieć, w którą stronę musimy iść… Pozostawmy to bez komentarza…
A teraz siedzę w domu i od kilku godzin opisuję Ci moje przygody. Mam jeszcze kilka spostrzeżeń, ale to zostawię na inny wpis, ponieważ muszę zebrać materiał dokumentacyjny:) Poza tym o czym będę pisać, jak nic się nie będzie działo:P Zamek oczywiście zwiedzę innego dnia, niestety z ogrodem już tak się nie da.

Reasumując, w trakcie pisania tegoż wpisu mój aparat został rzucony na podłogę a telefon ledwo uszedł z życiem. Wszystko sprawką mojego trzyletniego siostrzeńca, który właśnie biega goły po mieszkaniu, bo został wykąpany z racji pomalowania się plakatówkami po torsie:)

4 Komentarze

Skip to comment form

    • Mgr Agata on 15/07/2009 at 18:41

    1. Chętnie odwdzięczę Ci się i będę sprawdzać twoje wpisy pod względem ortografii przed ich opublikowaniem 😛
    2. Bardzo fajny blog 🙂

    • Agniecha on 14/07/2009 at 21:24

    a Ty jak zwykle marudzisz:P

    • Łukasz on 14/07/2009 at 08:08

    Hej. Wszystko super, tylko jak ja mam coś zobaczyć na tych zdjęciach? Nie da się zamieścić większych? Rozumiem, że może nie być miejsca na serwerze, ale przecież można użyć Picasa Web Album, Flickra albo inną składnicę plików, choćby nasz rodzimy Fotosik.pl
    Pozdrawiam,
    Łukasz Ś

    • Black_Betty on 13/07/2009 at 23:05

    Heja, cieszę się że dotarłaś bez przeszkód do celu 🙂
    Jak widzę realia portugalskie przypominają trochę polskie, także chyba nie będziesz miała problemów z aklimatyzacją ;P
    Pozdrawiam i czekam na więcej 🙂 i nie tylko na Twoje zdjęcia ale także na CIEBIE na zdjęciach!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.