
I nadszedł ten długo oczekiwany czas. Czas święta footballu. Wszystko inne zostaje odłożone na później lub podporządkowane rozkładowi rozgrywek. W tym czasie nic innego się nie liczy, a każda próba zmiany tej sytuacji przez osoby trzecie i mniej zainteresowane tematem, jest wręcz zbrodnią.
Pierwsze spotkania raczej niczym nie zachwyciły. Zespoły grały bardzo zachowawczo i bez większego polotu. Przyznam, że w przypadku kilku spotkań ograniczyłam się do słuchania w tle transmisji, zerkając tylko, kiedy komentator podnosił głos. Najciekawszym momentem wyłapanym w ten sposób była zdecydowania samobójcza bramka Duńczyków. I to chyba w ogóle była najciekawsza akcja tego meczu…
Generalnie mam takie wrażenie, że drużyny europejskie albo nie chcą grać (przynajmniej na te 75%) albo zwyczajnie lekceważą swoich przeciwników. Francuzi i Włosi to po prostu no comment. Z taką ich grą to może nawet i nasza reprezentacja miałaby szansę wygrać, a przynajmniej zremisować. Wyjątkiem są tu Niemcy, ale z drugiej strony na łatwiejszego przeciwnika już chyba nie mogli trafić. Szkoda mi było Australijczyków, ale nie mięli szans w tym spotkaniu.Także czekałam na spotkanie Anglików z Amerykanami i tu kolejne rozczarowanie. Jaka jest różnica między footballem a soccerem? Nie ma. 1:1. Liczyłam, na to że jednak Wyspiarze pokażą klasę, ale tak jak pozostałe drużyny ze starego kontynentu, zagrali poniżej oczekiwań. Gratulacje dla USA, że mimo wszystko walczyli bez kompleksów.
Ze zdecydowanie dobrej strony pokazują się jak do tej pory drużyny Ameryki Południowej. Urugwaj i Paragwaj dzielnie walczyły z europejskimi ponoć potęgami - Francuzami i Włochami. Może jedynie postawa Brazylijczyków wydaje się rozczarowująca, w spotkaniu z tak oryginalnym przeciwnikiem, jakim jest Korea Północna. Obstawiałabym raczej wynik bliżej 5:0 niż marnego 2:1 i to jeszcze zdobytego niemal z wielkim wysiłkiem. Szacunek dla Azjatów. Jestem pod wielkim wrażeniem ich postawy. Chłopaki trzymali się do końca, mimo świadomości, że grają z najlepszą drużyną na świecie. Co więcej, udało im się zmusić Julio Cesara do wyciągnięcia piłki z siatki. Szczerze trzymam za nich kciuki, bo mogą jeszcze napsuć krwi innym drużynom z grupy.
No właśnie, a propos grupy G. Portugalczycy rozczarowali mnie i to bardzo. Jestem ciekawa ich postawy w meczu z Brazylią. Zapowiada się ciekawy pojedynek. Z drugiej strony według mnie walka o pierwsze miejsce rozegra się między Brazylią a Wybrzeżem Kości Słoniowej. Niesamowicie silna drużyna, która mam wrażenie, może rozjechać nawet Canarinhos. Oczywiście serce krwawi, bo uwielbiam tą sambę z piłką, ale staram się patrzeć obiektywnie - będzie im ciężko wyjść z tego pojedynku bez straty choćby punktu.
Patrząc na zestawienie drużyn, to jednak wydaje się, że najzacieklejsza walka odbędzie się we wspomnianej grupie G. Nawet po poziomie dzisiejszych spotkań stwierdzam, że były to jak do tej pory najciekawsze z rozegranych meczy. I mam nadzieję, że puchar zdobędzie drużyna spoza Europy. Jak narazie nie widzę u nas zespołu, który mógłby dotrzeć do finału. Została jeszcze Hiszpania z połową składu Barcelony, ale zobaczymy jutro na co ich stać.
I mam nadzieję, że w końcu te pojedynki staną się ciekawsze, bo mam już trochę dosyć przysypiania trzy razy dziennie starając się obejrzeć każde spotkanie.
W końcu lato zawitało do Kevelaer… Co nie zmienia faktu, że i tak siedzę w polarze, bo w moim pokoju tradycyjnie zimno. Słońce świeci nie z tej strony co trzeba, ale przynajmniej w tym tygodniu nie muszę już włączać grzejnika. Siedzę sobie dzisiaj na home standby i mam złe przeczucie, że dziś do mnie zadzwonią. Póki co czytam internet w celu zabicia czasu. Tak przy okazji zajrzałam na stronkę Efki i naszło mnie, żeby w końcu naskrobać też coś u siebie. Zdaję sobie sprawę, że nadal mam w zanadrzu temat samolotów, ale jakoś ciężko mi się za to zabrać. Jak mnie najdzie, to może na dniach to skończę, bo wstęp już mam od jakiegoś czasu:D
Poza tym intensywnie szukam teraz jakichś ciekawych stypendiów doktoranckich, bo akurat zaczyna się sezon. Robota jest jaka jest, ale to zdecydowanie nie to. Także chwilowo akcja wegetacja i byle przerwać do weekendu. Poza tym na początku czerwca lecę sobie odwiedzić mojego narzeczonego (tak tak, od tygodnia!) do Lizbony. Przynajmniej wyrwę się na chwilę z tego fantastycznego miasteczka. Już zaczyna mi się tu nudzić. W Lublinie to przynajmniej raz w tygodniu człowiek się wypocił, wybiegał na badmintonie a tutaj…największą atrakcją jest spacer z psem. Chociaż sorry, w niedzielę koncert Dody… Ale się nie wybieram, aż tak mi się nie nudzi. Myślę, że jeśli pogoda się utrzyma to jutro biorę plecak i idę gdzieś na pieszą wycieczkę. Kasy nie mam w tym miesiącu, bo jakiś urzędas w Dublinie stwierdził, że nie ma dokumentu, którego kopię mi przysłali i wzięli mnie na emergency taxes - czytaj pół mojej wypłaty. No to już w sumie wiszą mi z 1200-1300€. To jest pół kredytu za trening! Także troszkę się zdenerwowałam w tym miesiącu, jak zobaczyłam ile mam wypłaty.
Generalnie rzecz ujmując, w końcu się tu poukładałam. Widzę jakąś myśl przewodnią w moim pokoju. Przynajmniej tyle. Powoli biorę się za siebie, siadam do nauki. Tylko jeszcze ciężko mi umówić się na wizytę u dentysty… I w tym momencie wena mnie opuściła. W takim razie kończę i pozdrawiam:)