Wrz 25

O ruchu drogowym słów dezaprobaty kilka

A dzisiaj będzie o kulturze (albo raczej jej braku) na drodze. Jako, że codziennie muszę dojechać 100km do pracy, temat ten jest mi szczególnie bliski.

To, że powszechne jest wymuszanie pierwszeństwa, wyprzedzanie na trzeciego i na centymetry z samochodem z naprzeciwka, nieprzestrzeganie zakazów i w niektórych skrajnych przypadkach nieprzestrzeganie przepisów w ogóle, czy jazda niedostosowana do warunków na drodze, to wszyscy znamy. Chamstwo panuje na drogach i czasami jeszcze nie zdążę wyjechać z Lublina, a już mam tak podniesione ciśnienie, że nie potrzebuję kawy do końca dnia. Większość kierowców (bo nie wszyscy – wczoraj się przekonałam, że są jeszcze w tym kraju kierowcy na poziomie) uważa, że ma ponadprzeciętne umiejętności prowadzenia pojazdów i dzięki temu niejednokrotnie stwarza zagrożenie nie tylko dla siebie (czy też pół biedy, jak sam się rozbije), ale przede wszystkim dla innych użytkowników dróg. Najgorsi są jednak tacy z przerostem EGO i sportowym autem, które wydaje mu się, że umie prowadzić. Książkę można napisać, z samych tylko opisów zagrożeń stworzonych przez takich idiotów. Tak. Idiotów. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

Oberwie się również rowerzystom. Panowie, to że macie superdrogie kolarzówki i majtki z poduszką, to nie znaczy, że macie jechać po ulicy, jak obok biegnie ścieżka rowerowa. Po to tam jest, żebyście nie blokowali drogi.  Zwłaszcza, że drogi jakie mamy, wszyscy wiedzą. Są odcinki naprawdę niebezpieczne i omijanie peletonu na zakręcie na wąskiej i dziurawej drodze, naprawdę nie należny do rzeczy prostych. Drodzy rowerzyści: jeśli nie ma wydziolengo pasa dla rowerów, to NIE PRZEJEŻDŻAMY ROWEREM PRZEZ PRZEJŚCIE DLA PIESZYCH! Jak widzę coś takiego, to mam ochotę wysiąść z samochodu i wsadzić takiemu kij między szprychy. Z niecierpliwością czekam, aż policja zajmie się uczeniem jazdy takich delikwentów. W ogóle moim zdaniem każdy, kto wjeżdża na drogę rowerem powinien mieć przynajmniej kartę rowerową. Poruszasz się rowerem, jesteś uczestnikiem ruchu drogowego i stosuj się do przepisów. Proste. O rowerzystach za miastem to nawet szkoda gadać. Pojawiają się w ostatniej chwili na zakręcie, na środku pasa, bo nagle Coriolis zaczął jakby mocniej go ściągać w bok.

I tu płynnie przechodzimy do pieszych. Słyną z tej samej przypadłości. A na co komu odblaski. „Przecie jestem u siebie”. Krajówka przebiega przez wieś, więc tylko furmanki jeżdżą. Zupełny brak wyobraźni, a potem oczywiście wina kierowcy, bo potrącił pieszego. Moi drodzy, choćbym jechała i 30km/h w terenie zabudowanym, to jak nagle pojawi mi się postać 5m od maski, to nie ma takiej siły, żebym wyhamowała. To samo z rowerzystami. Zakładajcie kamizelki odblaskowe! Lub cokolwiek innego, byleby świeciło w ciemności i informowało innych użytkowników ruchu, że tam jesteście.

Teraz pewnie dostanę po głowie, bo przecież „ja jeżdżę zgodnie z przepisami” itp., itd. I dobrze. Chwała Ci za to. Ale jeśli widzisz, że Twój kolega stwarza zagrożenie na drodze, to zwróć mu uwagę.
Żeby nie było, sama idealna nie jestem i dobrze zdaję sobie z tego sprawę. Ale zanim wykonam jakiś manewr, to sprawdzam, czy jest to bezpieczne. Ludzie, trochę wyobraźni. Od tego zależy życie nie tylko wasze, ale i innych uczestników ruchu drogowego.

Wrz 23

Będzie coś z tej pisaniny?

Zakładam, że czytelnikom Projektu Stonki, znane jest, mniej lub bardziej, moje zamiłowanie do pisania. Z resztą…po to powstał PS, żebym miała się gdzie wyżyć. Widać tu przeróżne  formy przekazu pisemnego, ale chyba subiektywny reportaż z podróży wychodzi mi najlepiej (chociaż „reportaż” wydaje mi się zbyt dużym słowem). Nie chcę tu oceniać siebie, bo od tego są moi czytelnicy, chodzi jedynie o moje własne odczucie.
Idąc tym tokiem myślenia, doszłam do wniosku, że wielkiej powieści na miarę „Quo Vadis” nie stworzę. Nie umiem pisać patetycznie, do tego lata na emigracji mocno nadwerężyły moje zdolności erudycyjne. Gdyby nie wbudowany w przeglądarkę słownik, ten tekst wyglądałby jak wynurzenia grafomana. Tak więc zostaje mi jedynie pisanie stylem pt. „co mi ślina na język przyniesie”.

No tak, ale co zrobić w sytuacji, gdy dosłownie ciśnie mnie, żeby napisać coś dłuższego, a jak już zaczynam, to nagle okazuje się, że jest do bani. Bo zdania muszą być poprawnie złożone (język niemiecki okaleczył mnie w tej kwestii strasznie, co widać po tym zdaniu), słowa zrozumiałe, ale język niezbyt potoczny, żeby nie powiedzieć podwórkowy. I jak to osiągnąć, kiedy nawet na co dzień mam problem ze skleceniem rozsądnego zdania, a jak się zestresuję, to już w ogóle wychodzi katastrofa.

I właśnie dzisiaj odczuwam takie ciśnienie na napisanie czegoś. Pomysłów mam wiele, gorzej z wykonaniem. Dzisiejszy wpis będzie jedynie tymczasowym rozwiązaniem, odcedzeniem zaledwie niewielkiej ilości myśli, z pełnego dzbana. I tak w kółko, póki nie napiszę przynajmniej opowiadania.

Doszliśmy do punktu, w którym chciałabym się Was, drodzy czytelnicy, zapytać, co wam przeszkadza w moim stylu pisania, co powinnam poprawić, a może w ogóle powinnam sobie dać spokój? Wszelkie słowa krytyki przyjmę na klatę, w końcu krytyka jest punktem wyjścia do samodoskonalenia.
Czekam na wasze opinie 🙂

Wrz 09

Przemyślenia z emigracji

Kolejny dzień z życia…kogo? No właśnie, kogo? Osoby, która już się nie może doczekać, kiedy zmieni swoje życie. Ale kluczowa decyzja zapadnie za dwa tygodnie. Tymczasem minęło południe, a ja zastanawiam się, jak spędzić dzisiejszy dzień, żeby go całkiem nie zmarnować. Nadrabiam więc zaległości w czytaniu prasy, która zalega na fotelu „Zło” od dwóch miesięcy. Swoją drogą chyba każdy posiada takie miejsce w domu, na którym zbierają się zaległości przykrywane warstwą ciuchów jeszcze czystych, ale już zbyt brudnych coby je wrzucić do szafy. I tak oto powstaje siedlisko zła. Proces sedymentacyjny jest w toku, dopóki nie przyjdzie dzień, w którym trzeba posprzątać. Nagle okazuje się, że sterta ubrań jest tak wielka, że można zrobić z niej osobny rzut prania, a góra zaległej prasy jest dużo wyższa, niż oczekiwałam. Nie ma bata, trzeba czytać. Człowiek na obczyźnie jest tak odizolowany od rodzimej mowy, że każdy kawałek papieru zapisany ojczystą mową, jest na wagę złota. I tak oto brnę przez czasopisma dla kobiet, tygodniki polityczne, prasę (popularno)naukową i tym podobne. I jedyne co czuję to przymus czytania i rozgoryczenie. Bo tak naprawdę nie mam ochoty na czytanie. Przynajmniej nie na czytanie Tego. Jestem głodna przygód, ale w miejscu, w którym się znajduję, mam związane ręce. Czekam na powrót do domu, żeby tam rozwinąć skrzydła i oddać się pasjom. A tymczasem, w ramach rekompensaty własnego sumienia, siedzę i piszę, tworzę nowe światy i postacie. Niestety z marnym skutkiem. Wena bardziej odchodzi niż przychodzi i coraz ciężej jest mi się skupić. Moment zniecierpliwienia i stwierdzam, że już nic w tej chwili nie napiszę. Przynajmniej nic mądrzejszego niż do tej pory. Wracam więc do lektury zaległej prasy.

PS.
Napisane jakiś rok temu, jeszcze na emigracji. Od tego czasu niewiele się zmieniło. Dalej mam zaległości w czytaniu, chociaż już może nie tak wielkie, a i ojczysty język druku nie wzbudza już takich emocji, jak kiedyś. Powiedziałabym raczej, że teraz brakuje mi kontaktu z angielskim czy niemieckim dla odmiany. Nadal mam jednak takie napady nadrabiania zaległości, które zabijają całą przyjemność z czytania.
Podsumowując, zmieniłam środowisko, ale złe nawyki zostały.

Wrz 03

Przekleństwo wiedzy

Tak się zastanawiam… Czy zbyt duża wiedza i świadomość następstw pewnych wydarzeń jest błogosławieństwem, czy też karą? Nie chcę tu plitykować, ale taki jaskrawy przykład mi się nasuwa. Sytuacja na Ukrainie. Z jednej strony wojna jest wciąż daleko od naszych granic, z drugiej zaś, to tak naprawdę rzut beretem. Podobną sytuację mieliśmy w Gruzji, ale wtedy wszyscy byli spokojni, bo to przecież aż na Kaukazie. I nagle za Bugiem mamy takie deja vu. Rodzą się pytania, skoro schemat się powtarza, to kto będzie następny? Gdzie znajduje się ta nieprzekraczalna dla Putina granica? Czy w ogóle taka istnieje?

I teraz wrócę to pytania z początku. Gdybym w przeszłości nie interesowała się polityką zagraniczną Rosji, gdybym nie obserwowała z zacięciem jej poczynań, nie posiadałabym podstaw do wyciągnięcia dzisiejszych wniosków. Ten nadmiar świadomości budzi we mnie niepokój. Z jednej strony żyjemy sobie zadowoleni w pięknym wolnym kraju, z drugiej zaś wypieramy sygnały, które mówią, że być może już niedługo… Bo one są w naszych głowach, pytanie tylko jak poważnie do nich podchodzimy.

Może lepiej było nie mieć tej przeklętej świadomości i żyć sobie w niewiedzy. Tacy ludzie wydają się najszczęśliwsi. I nie mówię tutaj o tej grupie, której nie obchodzi nic poza końcówką jej nosa, ale o takich zwykłych szarych postaciach, które żyją z dnia na dzień. Po co zamartwiać się (jeszcze) nie swoimi problemami. Po co zbytnio analizować i niepotrzebnie się stresować.

Konkluzja? Sama nie wiem… Tym razem pozostawię to nierozstrzygnięte.

Cze 23

Bez tytułu, bo nie mogę nic wymyslić

Witajcie po długiej przerwie. Ostatnio sporo się działo i nie bardzo miałam czas, żeby cokolwiek sensownego napisać. Zacznę jednak od początku. Po powrocie do Polski, zmianie pracy chyba z 1000 razy, w końcu robię to co lubię. Otóż zajmuję się rozwojem turystyki na obszarze… Ziemi Łukowskiej. Uprzedzę pytania: dalej się nie dało 😛 Tym sposobem codziennie dojeżdżam prawie 100km do pracy (nie roboty, bo to zasadnicza różnica) i z powrotem. Po takim dniu, wieczorem już nawet nie mam ochoty odpalić kompa, a co dopiero coś napisać.

Poza tym specyficzne profilowanie bloga tylko do turystyki, jakoś mi nie wyszło. I mija się z celem. Jak gdzieś jadę, to opisuję, a nie potworzę na siłę tylko po to, żeby się pokazać i nie stracić i tak przypadkowych czytelników. Kto chce i lubi Stonkę, i tak tu zajrzy. Mam wrażenie, że ostatnio zapanowała jakaś dziwna moda na lansowanie się w necie. Przez chwilę się temu poddałam, ale już mi przeszło. Jednak wolę rzeczywistość.

Kolejna rzecz: pojawią się niedługo wpisy właśnie ze Szlaku Ziemi Łukowskiej. Jeszcze nie wiem, co i kiedy będę opisywać, ale jako że ostatnio siłą rzeczy zajmuję się tym regionem, jest to naturalna konsekwencja. A tak po cichu mam nadzieję, że zachęcę niektórych z was do odwiedzenia tego dziewiczego dla turystów regionu 🙂

Starsze posty «

» Nowsze posty