Spacer w chmurach

Nadszedł ten dzień. Stresujący i ekscytujący zarazem. Nie będę opisywać co robiłam zanim wsiadłam do samolotu bo nie ma co. W Gdańsku wsiadłam w klaustrofobiczną puszkę lecącą do Monachium. Od Berlina niemal cały czas turbulencje. Stes momentami ogromny (pierwszy raz w samolocie), ale jakie widoki……. Błękit nieba a pode mną ogromne cumulusy niczym ośnieżone szczyty gór….fascynujący widok. Wylądowaliśmy w Munchen i się nie zgubiłam szukając właściwego gate’u:) Ale przez chwilę stałam w kolejce do Madrytu:D Szybko się jednak zorientowałam i niedługo potem siedziałam już w sławietnym Airbusie. Zdecydowanie większy i wygodniejszy od tamtej puszki, a i turbulencji niemal nie było czuć. Siedziałam sobie przy okienku i obserwowałam. A co widziałam? Stadion Bayernu, Alpy, Pireneje, nad Barceloną (zresztą nad jak całą Hiszpanią) okropne zapylenie atmosfery, więc nic nie wiedziałam, ale leciałam:P Nad Madrytem to samo i w końcu Lizbona, która przywitała mnie……deszczem…… Bez komentarza. Zdjęć narazie nie mam, bo już i tak ciemno. Ale widziałam dziś najpiękniejszą rzecz w życiu. Wyobraź sobie zachód słońca na oceanie chmur (wiszących zresztą także nad prawdziwym oceanem). Kolejny fantastyczny widok.
Po wylądowaniu dość szybko odebrałam bagaż (nie bez problemów oczywiście) i odnalazłam rodzinkę. Więcej o tym jak tutaj – jutro. Jadąc do domu widziałam tylko stadiony Sportingu i Benfici:P Ciekawostek sportowych zapowiada się sporo, a jutro zwiedzanie centrum Lizbony.